• Koniec niewinności

    Muszę ją uczulić na zagrożenia i dla jej dobra zburzyć bajkowy mit beztroski i bezgranicznej względem dorosłych ufności. Subtelnie wskazać nieakceptowalne zachowania, bestialskie gwałty dorosłych na dziecięcej niewinności. Nigdy nie skąpiąc córce czułości powiedzieć, że dotyk bywa zły, krzywdzący... że nikt nie ma prawa dotykać jej intymnych części ciała...

  • Prawa Murphy'ego dla rodziców

    Dopóki nie zostałam mamą, nie rozumiałam ich potęgi :) Dziś Prawa Murphy'ego pozwalają mi do macierzyństwa podejść z dystansem i uśmiechnąć się w najbardziej absurdalnej sytuacji... Bo przecież prawdopodobieństwo zdarzenia się czegoś jest odwrotnie proporcjonalne do pożądania tego zdarzenia... i rodzice, to wiedza najlepiej...

  • Wychować Chłopca

    Podobno aby "dobrze" wychować chłopca matka musi być szczęśliwa, silna, pewna siebie...

  • Cyberpacjenci Dr Google

    Już 8 mln polskich internautów poszukuje w sieci informacji na temat zdrowia, chorób i ich leczenia. Zanim odwiedzą lekarza najpierw szukają w internecie informacji o objawach, z którymi mają do czynienia

Czego nauczył mnie rozwód


Będzie rok jak na sali sądowej oficjalnie zakończyło się moje małżeństwo. Mijają dwa lata jak samodzielnie wychowuję dzieci. Czeka mnie kolejna batalia w sądzie, ale odnalazłam spokój. Jestem mądrzejsza i silniejsza o bagaż doświadczeń, których nie życzę najgorszemu wrogowi. To czego doświadczamy, co przynosi nam los jest lekcją, której nie można nie odrobić... Zaległości uważnego doświadczania codzienności się piętrzą i naprawdę nie da się w nieskończoność odkładać konfrontacji. Codzienność, z którą się borykamy definiuje nas na nowo.

Czego nauczył mnie rozwód?
Po pierwsze pokory i że moje mama miała rację powtarzając mi: że najgorsza prawda jest lepsza od kłamstwa. Po drugie, że jestem silna, wartościowa i chodź upadam, to powstaję ( zawsze, raz za razem). Po trzecie, że wsparcie bliskich - rodziny i przyjaciół, w ciężkich chwilach jest niezastąpione. Trzy fundamentalne prawdy, który stanowią podwaliny nowej mnie.

Nie snuję rewolucyjnych planów na 2017... doceniam, to co udało mi się osiągnąć w minionych miesiącach. A udało mi się wiele. Zmalałam pracę, którą lubię i w której spełniam się zawodowo. Wypracowałam sobie i dzieciom rytm, który daje nam Wszystkim poczucie bezpieczeństwa i stałości. Z pomocą bliskich osób stanęłam na nogi. Zaczęłam się uśmiechać, bo mimo wszystko jestem najzwyczajniej w świecie szczęśliwa... Są rzeczy na które nie mam wpływu, ale nie pozwalam się im przytłoczyć. Nie skupiam się na tym czego mi brak, tylko na tym, co mam... a mam wiele...

"Przeżyła to Pani i koniec. Żyje Pani, jest młoda i, sądząc z listu, mimo żalu, rozpaczy, upokorzenia – silna. Los i ludzie wyrządzili Pani krzywdę, jednak czas wszystko złagodzi, to jedno jest pewne, mimo że to banał: czas leczy wszystko. Ale pod jednym warunkiem – nie może Pani dopuścić teraz do coraz większej degradacji i uczuć, i sytuacji, i życia. Musi Pani wytrzymać, za wszelką cenę iść dalej, kochać siebie i przetrwać. I nie pozwolić sobie na rozpamiętywanie i rozpacz. Niech Pani dba o siebie! Nie pogrąża się w myślach, nie lituje nad sobą i dzieckiem, tylko wstaje co rano, myje zęby, robi śniadanie, pracuje, robi zakupy, patrzy ludziom w oczy spokojnie, uśmiecha się i zabiera do „prania”. A noce musi Pani jakoś przetrwać, mnie pomaga czytanie, zagłębianie się w historie innych. Niech Pani sobie nie pozwala na ani chwilę odpoczynku i myślenia. Wszystko minie. Przysięgam. Wysyłam Pani całą siłę i nadzieję, jaką można sobie wyobrazić, ale też pragmatyzm, rozsądek i spokój. Pewnego dnia życie znów będzie łatwe." 
Krystyna Janda, Listy polecone, PANI

Sama ze sobą

Gdy zostałam sama z dziećmi bałam się cholernie... jak sobie poradzę finansowo, jak pogodzę pracę, wychowywanie dzieci...  Jak się rozdwoję i roztroję i pogodzę te wszystkie role, którym muszę sprostać. Dziś z perspektywy czasu wiem, że nie logistyka samotnej matki jest wyzwaniem... a bycie samą ze sobą... 


Natłok obowiązków mnie mobilizuje, naklejam karteczki, notuję w kalendarzu, drukuję planery na lodówkę, trasę praca-przedszkole mam opracowaną, co do sekundy... Problem jest gdy zostaję sama... gdy dzieci jadą na weekend do ojca... te 4 dni w miesiącu, to najdłuższe 66 godzin ever...

Pomijam stres, czy wszystko z nimi w porządku, czy znów nie wrócą z płaczem... macham im na pożegnanie i maszeruję miarowo do pracy... ale w sobotę biuro czynne tylko do 13ej... Przychodzi ten moment, że zamykam za sobą drzwi mieszkania i zasysa mnie pustka, a w uszach dzwoni mi cisza...


Początkowo łapałam się na tym, że w 33 godziny chcę nadrobić wszystkie zaległości. Mieszkanie na błysk, wymyte podłogi, wyprasowana sterta prania, zakupy, impreza, maile... a w niedzielę Scoobydoo od rana... chociaż nikt mnie nie budził... nie musiałam o 7 rano nikomu szykować śniadania... Zamiast odpocząć... byłam tylko bardziej wyczerpana...

Ostatnio w Twoim Stylu czytałam wywiad z Anną Dereszowską "żałuję, że nigdy nie pożyłam jak singielka, która od nikogo nie zależy i może mieć czas tylko dla siebie. Przez to wielu rzeczy o sobie nie wiem(...)" powiedziała... I ja też tego żałuję... Przez najbliższe naście lat będę nie singielką, a trzypakiem :) Ale pomału uczę się obcować sama ze sobą...


Mając trzydzieści lat uczę się sama pójść do kina, sama zjeść kolację w restauracji... ba nawet na wódkę i potańczyć już umiem wyjść sama. Nie wyszarpuję ile się da z tych wolnych weekendów tylko delektuję się tym, co mam... Bo wiecie wylegiwać się w łóżku z kolorowymi magazynami i serialem w tle też się musiałam nauczyć od nowa... Staram się nic nie musieć, nic sobie nie narzucać... Czasem umyję podłogę, czasem wyjdę na imprezę, czasem spotkam się na plotki z przyjaciółką... a czasem po prostu zasnę z książką pod ciepłym kocem słuchając z youtuba Portishead... w ostatni weekend nawet ugotowałam sobie obiad... śmieszne? Ja nigdy dla siebie nie gotowałam... dla jednej osoby szkoda zachodu... nie opłaca się...


Nic nie muszę... mogę wszystko... życie to pasmo wyborów...

tęcza


Chciałabym coś napisać... wiem, że to kwestia czasu... muszę się przełamać, ubrać w słowa myśli nienazwane... Za dużo się ostatnio dzieje, za bardzo się zmagam... wiem, że na tym etapie mojego życia emocjonalny ekshibicjonizm w sieci, to ostatnie czego potrzebuję... Stawiam czoła lękom, pokonuję kolejne przeszkody na mej drodze... często walę głową w mur, rozkładam ręce z bezsilności... życie.

Dziś wiem, że nie dla mnie półśrodki... ale problem mam by dojrzeć do tego by podjąć radykalne działanie. Muszę się odciąć od pewnych spraw, bo zwariuję. Muszę załatwić pewne sprawy definitywnie, bo ciężar emocji mych dzieci mnie przygniecie... gdy nie mogę udźwignąć własnych.

Trochę się czuję jak chomik w kołowrotku... tylko pędzę w nim bez krzty przyjemności i nie mogę się uwolnić z tego błędnego koła w mej małej klatce. Wir rutyny, który podtrzymuje mnie przy życiu, bo mogłabym zapomnieć żeby oddychać. Staram się nie przejmować sprawami, na które nie mam wpływu.... ale ja z natury jestem tą, która się przejmuje...

Mam w głowie milion postów... spisuję je gdzieś w pamięci... bo kiedyś będą napisane... ale nie dziś... może jutro jak wybudzę się z tego złego snu i odetchnę głęboko... poczuję ulgę... nad tym teraz pracuję... na to nakierowuję całą energię.

























I chciałabym mieć kasy jak lodu, położyć się na kozetce seksownego psychoterapeuty i wyrzygać tęczę mych emocji, dostać receptę na terminację mego nadpobudliwego życia wewnętrznego. Zacząć od nowa w trybie incognito z wyłączoną funkcją lokalizacji. Tym optymistycznym akcentem... DOBRANOC.


Pastempomat

Nie wiem, co bardziej mnie przeraża... czy ilość rozwodów wokół mnie, czy bombardujący mnie image freshstart... Rozwód jako motywator i klucz do samorozwoju... Ja tam nie wiem... nie widzę przed sobą tych bezkresnych horyzontów... no niestety... Nie ma nowej mnie po rozwodzie... raczej jest szukanie drogi do tej starej sprzed mojego ex...


Bo fajna laska ze mnie była... i gdzieś przez te wszystkie lata się zagubiła... Stłamszona, zmiażdżona ciężarem codzienności, od której w końcu się odcięłam... W głowie milion myśli, życie wewnętrzne nader bogate istny Horror vacui... Pastempomat mnie prześladuje więc zagłuszam go robiąc chórki Meli Kotulek "Może już nie znam innego świata i boje się, że zostanę w tym. Próbujesz wyłamać mnie z tej mechanicznej choreografii. Konsekwentnym celebrowaniem, każdego napoczętego dnia na nowo przywołujesz obrazy tego, czego wyrzekłam się."

Macierzyństwo zdefiniowało mnie na nowo... samodzielne wychowywanie dwójki dzieci wywróciło mój świat do góry nogami... ale przyznaję rozwód to najlepsze, co z konfiguracji w której tkwiłam latami wynikło...

Pomału staję na nogach, pomału układam się sama ze sobą... Moja codzienność, to już nie ta partyzantka sprzed roku... jest dobrze... a będzie tylko lepiej... Jak mawia Taco Hemingway :):

Każdy problem jaki miałem jest już przeterminowany

Nienawidzę placów zabaw


Przyznaję bez bicia... nienawidzę chodzić z dziećmi na plac zabaw. Traktuję to jako zło konieczne, dyskomfort macierzyństwa od wiosny do późnej jesieni ( bagatela 6-7 miesięcy)... Wolałbym już prasować , tudzież myć okna. Plac zabaw mnie irytuje, nudzi... ale moje dzieci go kochają, więc zrezygnowana, bez cienia sprzeciwu regularnie poddaję się tym jakże wyszukanym torturom...


Żeby było jasne kocham moje dzieci i lubię spędzać z nimi czas... w każdej formie, ale litości nie na placu zabaw ( no dobra lalkami tez nie lubię się bawić). Na sama myśl mnie wzdryga. Bo co ja, osoba dorosła mam tam robić? Oddawać się przymusowej socjalizacji z innymi mamami? Biegać za dziećmi i chuchać i dmuchać, strzepywać piasek z bluzeczki? Pomijam fakt, że w tygodniu plac zabaw jest punktem programu podczas powrotu do domu po pracy i marzę o tym by pójść zrobić siku, napić się herbaty i zrzucić biurowy outfit... Pomijam fakt, że na placach zabaw nie ma toalet, a Igor jak musi, to musi i dobrze jak chociaż odejdzie na bok gdy potrzeba fizjologiczna bierze górę... Pomijam.


Wyjęłabym z torebki książkę i poczytała, ale jakoś nie mogę, bo plac zabaw mnie stresuje. O ile wychodzę z założenia, że jak dziecko nie sięga do drabinek, tudzież huśtawki, to znaczy, że nie jest to atrakcja dla niego i sory gregory nie będę podsadzać, asekurować, ani wspinać się na drewniany zamek by zjechać z tobą ze zjeżdżalni ponad twój wiek i hart ducha. To jednak zerkam i kontroluję... żeby nie było, że moje dzieci panoszą się w piaskownicy czy wchodzą w konflikt z rówieśnikami... Piaskownica to pole bitwy, na placu zabaw są strefy wpływów. Nie lubię ingerować w dziecięce relacje, stoję z boku dopóki nie widzę realnego zagrożenia strat w ludziach... no niestety wyrodna matka jestem siedzę na ławce i się nie wtrącam... Wiem są rodzice satelity, sekundanci na życzenie... To nie ja , ja tak nie mam...
.

Place zabaw są dla dzieci... wiadomo... niestety ja za cudzymi dziećmi nie przepadam... albo raczej nie wiem jak je ugryźć... Moje dzieci idealne nie są... Ja idealna nie jestem... Czuję się oceniana, często mam ochotę komuś zwrócić uwagę... ale nie moje dzieci nie moja bajka, wolę przemilczeć... no chyba, że dziecku jawnie dzieje się krzywda, no to w tedy muszę... i potem żałuję że się wtrąciłam... A starsze dzieci... temat rzeka... no niby nie ma na placach plakietki z przedziałem wiekowym, ale kwiecista polszczyzna zalatująca łaciną, muzyka ze smartfona i ich małe wielkie życiowe dramaty moja córka chłonie jak gąbka... a mi ręce opadają.


Podziel się... ta fraza wywołuje u mnie skok ciśnienia...  Uważaj bo się wybrudzisz/ wywrócisz/ spocisz/... zalewa mnie fala gorąca. No jakbym się starała nie nadaję się na plac zabaw... A te dantejskie sceny, gdy trzeba iść do domu? Nie na moje nerwy...





A Wy lubicie place zabaw? Czy może czujecie mój ból?



Ile kosztuje rozwód

Ostatnio prześladuje mnie jeden sen... regularnie powraca... idę uliczką na Starówce... jakieś połączenie Chrzanowa i Olsztyna... Mijam aleję Gelsenkirchen wchodzę do Zamku... Niby Kapituły Warmińskiej, a w mym subiektywnym odczuciu Alhambra. Biegam między licznymi drzwiami i drzwiczkami, po schodach w górę w dół... bo muszę się gdzieś dostać... muszę wybrać odpowiednie wrota... A za nimi winda... zawsze winda... stara metalowa, rozklekotana... Jestem przerażona ( tata wytłumaczył mi, że mój irracjonalny strach przed windami jest bardzo racjonalny... po prostu jako dziecko zatrzasnęłam się w klaustrofobicznej windzie w bloku na Nagórkach...) ale muszę odbyć podróż w dół przepaści...


Budzę się, a za kilka dni to samo... spadam w dół w rozklekotanej windzie... tzn zjeżdżam bo katastrofą moja podróż się nie kończy...

Wiele osób pytało mnie ile kosztował mnie rozwód? Szczerze? Za dużo... Po prostu za dużo.

Mogłam bym napisać, tysiąc, dwa, pięć... tak, rozwód kosztuje... nie oszukujmy się...

Ale wiecie co? Ja wciąż za niego płacę... Taka inwestycja w lepsze jutro... studnia bez dna...

Bo kosztował mnie wiele żalu, złości, stresu... Tabletek uspokajających na szyszkach chmielu przepijanych melisą.

Bo opłaciłam go wylanym morzem łez i zagryzionymi do krwi wargami...

Ale to nie koniec... wynagrodzenie prawnika to jedno, realne koszta rozwodu to inna bajka... płacę za niego wciąż... każdego dnia... borykając się... bagatela... z codziennością samotnej matki...

Przepracowując z dziećmi ich żal, złość, uczucie straty, rozczarowania i mocno zachwiane poczucie bezpieczeństwa...

Każdego dnia na nowo uczymy się funkcjonować sami... ja i oni, oni i ja... nasza trójka... idzie nam świetnie... Naprawdę wymiatamy jako trio... ale lekko nie jest...

Jedni skaczą z Chodakowską coby wbić się w seksowne bikini, my skaczemy przez kłody... Daleko, do przodu... z dumnie uniesioną głową.

Uczymy się prosić o pomoc i ją przyjmować... pniemy się na szczeblach kariery mistrzów logistyki...

Kiedyś wydziaram sobie alimenty zasądzone nie równa się wypłacone  i  pamiętaj zawsze możesz być bardziej zmęczona...  może w sanskrycie w tedy będzie bardziej trendy... a nie takie gorzkie i pachnące niesprawiedliwością tudzież po prostu realnością...

Pamiętam jak dziś... paliłyśmy na balkonie papierosa. Ja jeszcze w trakcie rozwodu, ona w nieciekawej sytuacji... Nie widzę perspektyw powiedziała... ja przytaknąłem... Bo nie widzę... mój horyzont się skurczył... jest satysfakcją z nowej pracy,  Igora mantrą "kofam moją mamę"  na trasie dom- przedszkole, długim prysznicem po ciężkim dniu, małymi rączkami szukającymi mnie w łóżku nad ranem...

Przyszła wiosna... zmiany... plany... wysyp jak grzybów po deszczu i plaga gorsza niż noworoczne postanowienia... A ja... ja mam przyszły weekend bez dzieci... pójdę potańczyć bo mnie to uszczęśliwia, będę dziewczyną blond z piosenki Braci Soprano i singielką w małym mieście, co flirtując nigdy nie ukrywa, że ma dwójkę cudownych dzieci i to one są jej priorytetem...

Bzem jeszcze nie pachnie... ale wiosnę mam w sercu...


Sny z motywem windy, schodów lub drabiny pojawiają się w sytuacjach stresowych, kiedy np. stajemy przed koniecznością dokonania jakiejś wyjątkowo trudnej decyzji.

2332800 sekund


Średnio 27 dni, 648 godzin,  38880 minut, 2332800 sekund w miesiącu... jestem dla nich... Każdego dnia, każdej nocy, na wyciągnięcie ręki na zawołanie... Ja matka... Rytm dnia odmierzany ich potrzebami zamknięty w ramach: Dzień dobry Mamo!- Dobranoc Mamo, kocham Cię!

Jestem ich opoką, azylem... czuję się ważna, potrzebna... ale ostatnio coraz częściej doskwiera mi głos w głowie, że choć tak bardzo dla nich jestem... to tak bardzo mnie nie ma... bo nie ma mnie poza nimi... bo życia poza dziećmi nie doświadczam...

Mam za sobą dwa wolne weekendy... sobota 9.00 do niedziela 18.00... i po każdym jestem umordowana, zmęczona... i zła na siebie... Igor zawsze mówi: Mama czeka, kocham Cię... I czekam... Zamykam za nimi drzwi i zaczynam sprzątać... sobota zaplanowana, co do minuty. Mop i ściera moim orężem nimi samotność przezwyciężę. Czasem wyjdę... nerwowo spoglądam na telefon, często dzwonię sprawdzić, czy wszystko w porządku. Delektuję się łóżkiem dla siebie. Scenariusz ten sam... budzę się w niedzielę nad ranem z uczuciem pustki... braku... i szczelnie się kołdrą otulam, coby broniła mnie przed złem tego świata.

Nie umiem... zapomniałam jak to jest być sama dla siebie... Są moim całym światem... zbyt dosłownie wzięłam...

Nie pozwalam sobie na spontaniczność, radość samą z siebie... muszę mieć plan przetrwania... bo autonomia mnie przerasta. Okazuje się, że radzę sobie świetnie sama, gdy mam dla kogo... ale gdy na placu boju zostaję solo... w tedy delikatny podmuch wiatru mnie powala...


Łzy



Czasami płaczę.

Bo mogę.

Bo muszę.

Bo tak.

Bo inaczej się nie da.

Bo inaczej nie może być.

Katharsis przez łzy.

Niemy krzyk, tłumiony poduszką.

Zagryzione wargi.

Zaciśnięte pięści.

Sytuacja tragiczna w polskich realiach...



Oczy nie są piękniejsze, dusza nie jest spokojniejsza... Łzy płynął po policzku... Sytuacja patowa... zastana... niezależna... przytłaczająca bardzo tak... słone wargi... mokre oczy... kiedyś powstanę niczym z popiołu zwany Feniksem ptak...

Pragnę


- Spokojnie, wszystko się ułoży.
- Poczekaj, teraz już tylko będzie lepiej.
- Cierpliwości.
- Karma wraca.

Się nasłuchałam ostatnio... Generalnie wniosek jest jeden mam cierpliwie czekać, aż los się do mnie uśmiechnie. Nie popędzać niczego i nikogo... Wszystko będzie lepsze w bliżej nieokreślonej przyszłości. Może jutro, a może za rok lub dwa... Jestem silna, tyle przeszłam dam sobie radę ze wszystkimi przeciwnościami losu... Tylko wiecie niecierpliwa też jestem i trochę biernie czekać, aż los się do mnie uśmiechnie i rzuci z błyskiem w oku hej babe to twój czas, to nie umiem i nie chcę. Bo tak można czekać, czekać i się nie doczekać...

Popijam małymi łyczkami tą swoją czarę goryczy i patrzę w dal... Staram się by smutki i trudy dnia codziennego nie przysłaniały mi życia.

Przeszłość odcięłam grubą kreską, nie oglądam się za siebie. Przeskakuję kłody niczym górska kozica

Pożyczam od córki kolorowe mazaki i projektuję swoje szczęście. Koślawe jest i zezowate lekko... nigdy nie miałam talentu plastycznego, a szczęście nie tak łatwo zmalować.

Życie to sztuka wyborów, ciąg przyczynowo-skutkowy, ciągła walka radości i frustracji...

Nie ma nowego życia po rozwodzie. Jest to, które jest... Szczęście muszę zdefiniować sama. Bez użalania się nad sobą i bez rozpamiętywania przeszłości.

Jestem taka szczęśliwa, jak sobie pozwalam być. Staram się żyć, a nie tylko próbować przeżyć... Nie mam zamiaru udawać zadowolenia tylko i wyłącznie ze strachu przed zmianą.

Podjęłam ostatnio decyzję mam prawo być szczęśliwą. Mam odwagę pragnąć... i pragnę.

Święta


To były cudowne Święta... Pierwsze nasze we trójkę... tak intensywne, a jednocześnie przepełnione spokojem... Pełne miłości. Pachnące choinką, piernikami i pierogami z grzybami mojej babci, czyli dzieci mych prababci. Rodzinne. Zatrzymaliśmy się na chwilę, cieszyliśmy się swoją obecnością, dzieliliśmy ulotne chwile w bliskości... paradoksalnie mimo przemilczanego braku... w poczuciu totalnej kompletności. Mam cudowne dzieci. Wydarzenia minionego roku były trudne... ale stały się punktem wyjścia do stworzenia więzi której nikt i nic nam nie odbierze.

To były pierwsze w pełni świadome Święta dla moich dzieci. Czekali na śnieg, Mikołaja, prezenty... na ile potrafili pomagali w przygotowaniach. Święta idealne, bo spędzone po równo w gronie  rodziny i przyjaciół. Naszych bliskich, którzy cały rok nas wspierali i pomagali stanąć na nogi, po naszym małym, wielkim dramacie... "burzy z fiołkiem w kubeczku". Bliskich, którzy byli, gdy najbardziej tego potrzebowaliśmy i zawsze wyciągali pomocną dłoń gdy brakło sił, pomagali wstać, gdy upadaliśmy...


Byliśmy MY, spokój, łaskawy czas... Najpiękniejsza choinka ever, najpyszniejszy sernik z białą czekoladą i malinami. Tylko śniegu nie było... Ale w te Święta nie on był najważniejszy... Najważniejsza była nasza na nowo zdefiniowana rodzina, przepracowane emocje i świadomość jaka w naszej trójce jest siła.

#codzienność

Stała na balkonie i paliła papierosa... zaciągała się najmocniej jak umiała... wdech... wydech... kłęby dymu, co mają ukoić zszargane nerwy... Padał deszcz tego wieczoru, w szyby dzwoniła melancholia... Jesień... Nikogo, to nie dziwi... Wełniane skarpety, czarna halka i ciepły szlafrok z pepco czy innej biedronki. Domowy outfit, nie znajdziesz go na stronach żurnala. Ręce jej drżały... czerwony lakier, który poodpryskiwał podczas zmywania do końca poobgryzała... znów dała się wyprowadzić z równowagi, sprowokować. Miała się zdystansować, miała unikać kontaktu. Miała go klasycznie olać... Obiecywała sobie, obiecywała bliskim... Nie jest głupia wie, że to bezsensu. Łzy spływały jej po policzku... słono-gorzkie... trochę cierpkie, palące przełyk... łapczywie je połykała, by dzieci nie widziały. Bo dzieci się martwią jak mama płacze, a te starsze, wyedukowane to nawet się martwią, że mama pali, bo można umrzeć na raka. Kaszleć krwią, pójść do szpitala i umrzeć, a dzieci nie chcą, żeby mama umierała... przynajmniej do magicznej zbuntowanej nastki kiedy, to rodziców się ukatrupia regularnie, ot tak by dać opust dojrzewającemu bólowi istnienia. Przeczytała bajkę, dwie... Niech w końcu zasną myślała... znam to na pamięć, bo z całej pokaźnej kolekcji literatury dziecięcej... co wieczór na tor wyjeżdża czerwona wyścigówka. Zgasiła światło utuliła do snu...


Zasnęła nawet nie wie kiedy... Przyłożyła twarz do poduszki i odpłynęła... Z objęć Morfeusza ciężko jej było się wyrwać... Jedyna czułość i bliskość jaką ma...wyimaginowana, wyśniona... bo przecież każdy może marzyć i śnić... uciekać w scenariusz w głowie pisany...  Przestawiała budzik, opcję drzemka klikała. 5.55, 6.00, 6.07, 6.12... basta pobudka! Ubrania przygotowała wieczorem, teraz tylko spakować drugie śniadanie... zdrowe, bo czasem na świetlicy sprawdzają... Makijaż? Ona nie umie się malować... nakłada, co rano maskę, bo idzie do ludzi musi jakoś wyglądać... 7.00 ostatni budzik, komunikat wychodzimy. Oni o poranku rześcy, weseli... lewa ręka dla syna, prawa dla córki, maszerują w trzypaku. Przystanek przedszkole, przystanek szkoła... 7.24 biegnie do pracy. Jak co dzień mija uśmiechniętego pana z córką, nawet zaczęli się sobie kłaniać... Taki miły akcent w szarości poranka. W osiedlowych delikatesach kupuje śmietankę do kawy. Strawa dla duszy i ciała... kawa podstawa piramidy żywienia, gdyby nie bała się igieł aplikowałby ją dożylnie. 

W pracy jak to w pracy... w sumie nawet nie wie czy ją lubi czy nie... Nie zastanawia się nad tym, bo nie ma wyboru... samotna matka dwójki dzieci, u progu 30tki nie ma imponującego cv... Jedni pracowali na rubryczkę doświadczenie... ona zmieniała pieluchy... a za to nie dają dodatkowych punktów charyzmy. Życie kosztuje, rachunki trzeba płacić... chociaż teraz nie chce zaległości wystarczy jej, że przeszłość wspomina za każdym razem, gdy  widzi na telefonie numer komornika...

16.00 zamknęła  biuro, szczelnie omotała się wełnianym szalem i maszeruje, truchta prawie, ma 18 minut by przemierzyć trasę praca-szkoła. Odbiera dzieci z wyrzutem że prawie ostatnie... ale ona z tych, co nie biegają... nie da rady szybciej... Ciastko w piekarni, kinder niespodziana z żabki, straszenie gołębi, dzień w telegraficznym skrócie... Kawa dla niej, obiad dla dzieci... Za oknem egipskie ciemności... Ona zmywa naczynia, syn wciera masę solną i ciastolinę w dywan, córka odrabia lekcje. Poirytowana co chwile wyciera ręce w kwiecistą ścierkę, pokazuje jak pisać lub łączyć literki... Nie mają czasu na zabawę już 18.00... Zegar tyka, czas ucieka...

Zęby umyte, kredki zatemperowane, plecak spakowany, ubrania naszykowane... zaraz na tor wyjedzie czerwona wyścigówka już czeka na kartach książki... Nawet się zaśmiała, uśmiechnęła szczerze, dostała buziaki, obrazek do powieszenia na lodówce...   Oddycha głęboko, zmywa dzień pod prysznicem... Powoli, dokładnie, masującą rękawicą, gruboziarnistym peelingiem, którym walczy z życiowym cellulitem. W sumie nie ma czasu się zastanawiać czy jest szczęśliwa, czy znużona... Paradoksalnie tak samotna i tak kochana...  Mantruje niemiłość w skali mikromusic... Mijają sekundy, godziny, dni... Kalka kiepskiego scenariusza...




Samotne macierzyństwo


Nikt nie planuje samotnego macierzyństwa... ale życie pisze różne scenariusze... Brak... niekompletność... Sama się piętnuję nazywając samotną, a nie samodzielną matką... Fakt faktem sama wychowuję dwójkę dzieci... Sytuacja ta zdefiniowała mnie na nowo... Zmieniłam się... Zmieniłam perspektywę... Czułam się gorsza, czułam, że zawiodłam moje dzieci... przepracowałam liczne stadia bezsilności... Próbowałam na siłę wynagrodzić dzieciom brak ojca... Dużo czasu upłynęło zanim pewne rzeczy zrozumiałam... Mija 9 miesięcy odkąd zostałam sama... symbolicznie odradzam się na nowo... ja i moje macierzyństwo...

Czego nauczyło mnie samotne macierzyństwo? 

1. POKORY.
2. Że jestem silna... poradzę sobie... bo dla dzieci jestem w stanie zrobić wszystko.
3. Zawsze można być bardziej zmęczonym... Naprawdę...
4. Nie umiem zasypiać sama... Potrzebuję u boku bliskiej osoby... nie lubię ciszy... bo słyszę w niej samotność...
5. Suchy szampon, to mój przyjaciel.
6. Nie wolno Ci narzekać, głośno mówić, że Ci ciężko... Bo niestety wiele osób nie widzi różnicy między stwierdzeniem jest mi ciężko, a dzieci są dla mnie ciężarem...
7. Choć coraz więcej kobiet samodzielnie wychowuje dzieci wiąż nie umarło piętno - patologii... ojciec nieznany... nieobecny... niepełna rodzina...
8. Dopóki nie masz orzeczenia o rozwodzie, xero pozwu o alimenty nie jesteś samotną matką... bezczelnie uzurpujesz sobie przywileje matki samotnej... to że sama wychowujesz dzieci nie równa się samotne macierzyństwo... musisz mieć formalne potwierdzenie swojej patologii...
9. Jest ciche społeczne przyzwolenie na porzucanie kobiet z dziećmi... nikt się nie chce mieszać... a jednak paradoksalnie zajmuje stanowisko... nie potępiasz... a może powinieneś? Zaniechanie działania równiez jest obciążone karmicznie... 
10. Mieć bliskie osoby, na które można liczyć to największy skarb. Świadomość, że nie jestem sama dodaje skrzydeł lepiej niż zgrzewka redbulla.
11. Sexowna bielizna i dobrze skrojona sukienka to podstawa... nawet na placu zabaw...
12. Wszystko zawsze się układa... niekoniecznie po naszej myśli... ale mam supermoc adaptacji nawet do najbardziej niedogodnej sytuacji.
13. Nie mogę zapominać o sobie. Czasem muszę postawić swoje dobro, nad dobrem dzieci... bo gdy ja nie jestem szczęśliwa moje dzieci również nie będą...
14. W oczach moich dzieci odbijają się moje emocje...
15. Jestem matka polka superhero... ale nie zastąpię dzieciom ojca...









ubezpieczenie szkolne

Ostatnio wszyscy debatują o ubezpieczeniach szkolnych... wiadomo wrzesień... Nigdy się nad tematem nie zastanawiałam, ale jakby nie było ostatnio siedzę w branży ubezpieczeniowej i nawet takowe oferty ubezpieczenia dla kilku placówek oświatowych szykowałam...

Szkolne ubezpieczenie NNW jest dobrowolne, ale ma je większość dzieci. W poprzednim roku szkolnym w Polsce uczyło się 4,7 mln uczniów (dane MEN), z których wg szacunków ok. 3,5 mln posiadało szkolną polisę NNW. Zatem wg statystyk Biura Rzecznika Ubezpieczonych chronionych w ten sposób było 8 na 10 uczniów. Polisy szkolne są jednym z najpopularniejszych produktów na polskim rynku. Chronią one przed finansowymi skutkami nieszczęśliwych wypadków z udziałem ubezpieczonych dzieci. Większość rodziców decyduje się na zawarcie takiej umowy ubezpieczenia w szkole, gdyż tak jest zazwyczaj najłatwiej i niedrogo... 

 "Najczęściej suma ubezpieczenia życia dziecka wynosi 7-10 tys. zł. Za takie ubezpieczenie grupowe rodzic powinien zapłacić około 20 złotych. Płaci jednak więcej, koło 40-50 złotych. Przy takiej składce suma ubezpieczenia życia powinna wynieść nawet 40 tys. zł. Gdyby nie ukryta w wysokości składek darowizna na szkołę, kwoty ubezpieczeń byłyby wyższe." 

To nie jest tak, że życie dziecka wyceniane jest na 10 000 złotych... Ale prawdą jest, że zakres ubezpieczenia jest tak konfigurowany, żeby składka była jak najniższa... Oferty z niższą składką zazwyczaj oznaczają mniejsze sumy ubezpieczenia, co przekłada się na niższą wartość wypłacanych odszkodowań. Wielu rodziców nie chce słyszeć o składce wyższej niż 30zł... Gdyby sami poszukali oferty mogliby mieć o wiele lepsze warunki w tej cenie... tylko pytanie ilu rodziców na własną rękę ubezpieczy dziecko? A wypadki się zdarzają... niestety... Pełny zakres ubezpieczenia to ochrona dziecka w szkole i wszędzie poza nią (24h/dobę), zarówno w Polsce, jak i za granicą. Zatem taka polisa chroni również np. na placu zabaw, podczas jazdy na rowerze czy zabawy w domu. Ograniczony zakres to ochrona w szkole i w drodze z domu do szkoły i ze szkoły do domu. Co ważne ubezpieczenie działa też w czasie weekendów, ferii czy wakacji, kiedy wypadków jest szczególnie dużo.

Zanim zapłacicie składkę warto dowiedzieć się w jakiej firmie ubezpieczeniowej ma być zawarte ubezpieczenie, jaki jest jego zakres i poprosić o OWU, żeby dokładnie przeczytać o warunkach ubezpieczenia dziecka. Teoretycznie polisy zakupowane przez szkoły można dopasować do potrzeb danej placówki. Teoretycznie też powinny one być wybierane na zebraniu rady rodziców, która ze złożonych propozycji powinna wybrać tę najlepszą. W praktyce jednak szkoła przedstawia rodzicom tylko jedną opcję i nie włącza rodziców w proces wyboru i negocjowania warunków umowy... Ubezpieczenie NNW jest dobrowolne, jako rodzice nie mamy obowiązku opłacić składki, a szkoła, czy przedszkole nie może tego od nas wymagać... ale warto się zastanowić...

Koligacje


Podobno żona, to nie rodzina... dzieciom nie wolno rozmawiać z obcymi, ani zwracać się do dorosłych po imieniu... nie wypada... Konia z rzędem temu, kto wytłumaczy kilkulatkom rodzinne koligacje... Ja sam gubię się w tych stryjenkach, siostrzenicach, bratankach, kuzynostwie... Nie jestem zwolenniczką mówienia ciociu i wujku, do każdego spokrewnionego lub nie dorosłego w życiu dziecka... Ale ostatnio zburzono mojej córce ( bez konsultacji ze mną) jej poczucie bezpieczeństwa... bo jej ulubiony wujek wcale nie jest jej wujkiem, a ciocia jest tylko przyszywana... liczy się rodzina... Czyżby?

Moje dzieci nie mówią do każdego per ciociu i wujku, wychodzę z założenia, że w ich życiu są znaczące osoby dorosłe, które na takie miano zasłużyły mimo braku pokrewieństwa. Viki i Igor już podświadomie wiedzą, kto jest ważny w ich życiu... rozróżniają nieznajomych panów i panie, mamy koleżanek i kolegów, moich znajomych... a ci którzy są im bliscy, z którymi mają więź awansowali za obopólną zgodą do miana wujków i cioć.

Więzy krwi, rodzina... tak są ważne, ale nie najważniejsze. Można być obecnym w życiu dziecka, mieć z nim wartościową relację, być dziecku bliskim... i nie ma znaczenia, którą woda po kisielu się jest... po mieczu czy po kądzieli... 

Tysiąc żurawi


Tsuru w języku japońskim oznacza żuraw - symbol szczęścia i długowieczności. Według japońskiej tradycji, jeżeli ktoś pragnie by spełniło się jego marzenie układa w tej intencji tysiąc żurawi, czyli senbazuru. Legendy japońskie mówią, że żurawie żyją przez 1000 lat. Dlatego też Japończycy wierzą, że złożenie właśnie 1000 żurawi przynosi dobre zdrowie i długie życie, nie tylko dla osoby składającej, ale również dla osoby obdarowanej oraz spełnia się jedno ogromne marzenie.


Jedna z popularnych historii w Japonii dotyczy ocalałej mieszkanki Hiroszimy, Sadako Sasaki. Urodzona tuż przed wybuchem bomby atomowej zachorowała na białaczkę w wyniku napromieniowania. W czasie gdy jej ciało ulegało wyniszczeniu, zaczęła składać żurawie z kartek papieru wierząc starej japońskiej legendzie, że tysiąc takich żurawi pozwala spełnić jedno życzenie, w jej przypadku powrót do zdrowia...

 

Ostatnio gdy wracaliśmy z przedszkola, pani na ulicy obdarowała nas żurawiami... uśmiechnięta... kościstą dłoń zaciskała na reklamówce pełnej żurawi...  w jej oczach był spokój i wiara... Powiedziała, że ma marzenie, a nam życzy szczęścia, bo na nie zasługujemy... Cudowny to był gest... taka magia dnia codziennego...

Cyrk. Tak, ale bez zwierząt.

The Greatest Show on Earth fot.Steven Meisel 

Cyrk to niby miejsce wesołej zabawy, magii, a jednak budzi kontrowersje... Klauny, akrobaci to jedno... ale tresura zwierząt, warunki w jakich żyją... Tradycja cyrku oparta jest na istniejącej w starożytnym Rzymie budowli z areną, która otoczona była widownią amfiteatralną. Obecna sztuka cyrkowa różni się nieco od starożytnej i wywodzi się z XVIII-wiecznej Anglii. W Polsce pierwszy stały cyrk wybudowano w 1883 roku w Warszawie...

Gdy byłam dzieckiem w cyrku najbardziej fascynowały mnie akrobacje pod kopułą namiotu...  Piękne stroje, historie opowiedziane przez ciała akrobatów... Spektakle przedstawiane przez utalentowanych akrobatów dostarczają o wiele więcej wrażeń i emocji widzom niż przestraszone lwy skaczące przez przeszkody. Zwierzęta, to wolałam oglądać w zoo. Walory edukacyjne wizyty z dzieckiem w cyrku są wątpliwe.. no chyba że jako wstęp do dyskusji o prawach zwierząt. Warunki w jakich żyją zwierzęta w cyrkach nie mają nic wspólnego z ich naturalnym środowiskiem... podczas tresury zwierzęta zmuszane są do nienaturalnych dla nich zachowań. Te biedne zwierzęta całe swe życie muszą spędzić albo w ciasnych klatkach, często zakute w łańcuchy, albo na arenie, w strachu przed batem tresera.

- Mamo, co ten pan trzyma w ręku?
- Bat.
- On bije tego konika? Przecież to boli!
- Tak.
- O nie nie dobry pan, biedny konik. Po co on bije te zwierzęta? Są niegrzeczne?
- W cyrk się tresuje zwierzęta. Koniki same z siebie by tak nie tańczyły w kółku.
- I tak byłby ładne. Bicie boli. Nie wolno bić!

Byłam ostatnio z dziećmi w cyrku. W zgiełku przedstawienia, światłach reflektorów kilka osób wsłuchiwało się w moją rozmowę z Viki. Zwierzęta wyglądały na zadbane... a jednak... żaden, nawet najlepiej prowadzony cyrk nie jest w stanie zapewnić dzikim zwierzętom namiastki ich naturalnego środowiska... Wybieram cyrk bez zwierząt... Następnym razem Cirque du Soleil...


NIEZNOŚNY CIĘŻAR BYTU


Wiecie... nie wiem, czy śmiać się? Czy płakać? Czy po prostu głupkowato się uśmiechać... Bo okazuje się że nie wolno mi się głośno przyznawać, że jest mi ciężko... mówić szczerze, że całe moje życie jest teraz podporządkowane dzieciom i czasem chciałabym pobyć sama... sama zrobić siku... sama wyjść do sklepu... sama spać w łóżku... cokolwiek... i tak po prostu... Że frustruje mnie brak pracy... rozmowy kwalifikacyjne, na których słyszę, że jestem niedyspozycyjna, bo sama wychowują dwójkę małych dzieci, albo, że nie mam doświadczenia, bo rodziłam dzieci...

Nie, nie mogę powiedzieć głośno, że jest mi ciężko... Bo po pierwsze się nad sobą użalam, po drugie narzekam, po trzecie biadolę... jak śmiem. Powinnam się otrząsnąć, żyć dalej w nowych jakże niekomfortowych realiach zaciskając zęby. Nie ja jedna zostałam sama, i nie jedna ma gorzej. Nie ważne, że może gdyby mój mąż powiedział mi całą prawdę cztery miesiące temu, to bylibyśmy już dawno po rozwodzie, a tak prawda poznawana na raty od osób trzecich totalnie mnie rozbiła i znów muszę sobie radzić z sytuacją na nowo. Nie mówiąc już o tym, że cała moja praca nad emocjami dzieci zaczyna się od nowa w obliczu nowej dziewczyny taty... Moje dzieci przezywają emocjonalną żałobę po stracie... ale ja wyolbrzymiam, bo nie jedno dziecko przeżyło rozwód i jakoś żyje...

Nie, nie mogę powiedzieć głośno, że jest mi ciężko... Bo skoro dzieci są takim ciężarem to może powinnam oddać je ojcu... tak, bo przecież niektórzy nie rozumieją, że jest mi ciężko to nie jest synonim stwierdzenia dzieci są dla mnie ciężarem. Bo nie są... ciężarem jest sytuacja, która mnie przygniata i miażdży. A dzieci nie są zabawkami, które się oddaje to po pierwsze, jestem za nie odpowiedzialna i kocham je nad życie, to po drugie, a pan tata nigdy nie angażował się w ich wychowanie, a teraz nie zabiega o kontakty z nimi, to po trzecie.

Nie mogę głośno mówić, jak jest mi ciężko, bo nie wypada. BO JESTEM MATKĄ. Bo tacie jest ciężko, musi pracować na alimenty, ma czas na nowe życie, a czas dla dzieci stara się znaleźć jak może...czepiam się... Czego ja bym chciała? Mieć wolny weekend żeby się wyspać i umyć podłogi? NIENORMALNA.

Samotne macierzyństwo potrafi skomplikować życie... Samodzielnie muszę zorganizować sobie czas pomiędzy pracą a domem. Większość moich działań skupiona jest na dzieciach. Nowa codzienność odebrała mi prywatność i czas wolny. Jestem zmęczona, a ciężar samotnego macierzyństwa mnie przytłacza... ale nie wolno mi głośno o tym mówić... NIE ! Bo skoro jest mi ciężko, to jestem wyrodną matką, dla której dzieci są ciężarem... A to, że chciałabym znaleźć kochającego, dobrego mężczyznę, który mnie będzie szanował i będzie ze mną wychowywał dzieci... że chciałabym być w szczęśliwym związku... to już w ogóle mnie dyskredytuje...

Już wiem, że nie mogę mówić, że jest mi ciężko, bo użalanie nad sobą jest żałosne i podważa moje matczyne kompetencje... ALE CZY JA MOGĘ JESZCZE COŚ CZUĆ? MYŚLEĆ? Czy po prostu ma zagryźć wargi do krwi, zacisnąć pięści i milczeć?

Dobro dzieci...


Muszę to w końcu napisać... wyrzucić z siebie... ubrać w słowa... to co przeszywa mnie do szpiku kości, a wciąż pozostaje przemilczane... prawda boli...

Wiecie odkąd poznałam prawdę nie czuję nic... Wieloletnie kłamstwa mojego męża posypały się jak domek z kart... Elementy układanki, których nie chciałam połączyć w spójną całość, bo jak on twierdzi byłam głupia, że mu ufałam... naiwna... stały się spójną całością... Był żal do osób, które wiedziały i by mnie chronić milczały, była złość... wszystko minęło w sekundzie... bardziej już nie może mnie zranić, ani upokorzyć... Nie da się... Poznałam prawdę już nie uronię łzy... zmarnował mi dziewięć lat życia. 

W moim rozstaniu nie jest najtrudniejsze, to że z dnia nadzień zostałam sama z dwójką dzieci bez pracy, perspektyw, z długami, czy jakimś tam złamanym organem zwanym sercem... nie to, że mój mąż uknuł perfidny plan urabiania mnie przez ostatnie miesiące by łatwiej mnie zostawić... nie, nawet nie to, że w końcu wiem, że jest toksycznym skurwielem, patologicznym kłamcą i hurtowo mnie zdradzał... Nie. Najtrudniejsze jest to, że jest ojcem moich dzieci.

Rozstania są trudne... zawsze cierpią dzieci... Nie ucieknę od tego, że moje dzieci potrzebują ojca... Viki płacze, tęskni, niemówiący Igor nauczył się mówić tata... Nie chcę go widzieć, nie chcę znać... a jednak nie mogę odciąć go od dzieci. Jak trudne by to dla mnie nie było, nie chcę by później Viki i Igor mieli do mnie pretensje, że utrudniałam im kontakty z ojcem... Jaki by nie był... kochają go bezwarunkowo i potrzebują jego obecności. Moja córka irytuje się, że tata nie dzwoni choć obiecywał, że miał ją często odwiedzać, mamił złudzeniem, że nic się nie zmienia... złości się, że tata się o nich nie stara i pojawia się na chwilę... kilka godzin, jak akurat mu pasuje... nie chce poznać nowej dziewczyny taty i błaga mnie o obietnicę, że ja znajdę nowego męża dopiero ja ona będzie dorosła... Abstrakcja. Może łatwiej by było gdyby tata zabiegał o kontakt z dziećmi... ale nie zabiega... Starał się... ale się nie stara... Może nie dorósł, może nie rozumie, może myśli, że dzieci będą szczęśliwe dostając ochłapy jego obecności... Wiem, że jak się nie zadba o kontakt z dziećmi... dzieci dorosną i mu podziękują... zrozumieją... ale teraz choćby nie wiem co go potrzebują... A ja? Ja jakby mnie, to nie bolało muszę się teraz starać za niego... nie dla niego... dla dzieci...

Dla moich dzieci umarło pół świata... straciły poczucie bezpieczeństwa, zawiedli je rodzice... najbliżsi, którym ufały. Poukładany dotąd świat przewrócił się do góry nogami. Nie rozumieją, a czują... Cierpią. Są źli, rozgoryczeni, sfochowani, rozdrażnieni... wszystkie negatywne emocje moich dzieci skupijają się na mnie... bo ja jestem najbliżej... Tata jest teraz rarytasem i cała złość mija na te kilka chwil które mają spędzić razem. Potem drzwi się zamykają, tata wraca na łono nowego życia... a Vi płacze, bo chciałaby by jego obecność była codziennością, którą zna... Nie ma znaczenia teraz fakt, że tata nigdy nie angażował się w ich wychowanie... ważny jest aktualny brak...

Chciałabym, by moje dzieci przeszły nasz rozwód bez szwanku, by nie odcisnął on na nich piętna jak na mnie... Chciałbym oszczędzić im cierpienia i najbardziej w  świecie chciałabym, by miały pełną kochającą rodzinę, na którą zasłużyły...

Wiecie, że w krajach, w których wprowadzono opiekę naprzemienną istotnie zmniejszyła się liczba rozwodów... Koleżanka uświadomiła mi, że muszę się nauczyć prosić go o pomoc... bo potrzebuję czasem odpocząć, bo dzieci to również jego obowiązek... a jemu jest na rękę, że dzieci są przy mnie każdego dnia... wygodnie jest bawić się w tatę jak akurat mu pasuje... Ojciec nieobecny... dzieci kochają go mimo wszystko... czasem nawet myślę że bardziej niż mnie bo ja jestem stałą w ich życiu... a stałych się nie docenia... Zainteresowanie sprawami swoich dzieci sprowadza do minimum... przecież na nie płaci... to o co mi chodzi... Jak mi nie pasuje, mogę mu oddać dzieci... jakby to k... zabawki były...

Gdyby flat daddy był lekiem na zło drukowałabym... Pogubiłam się... Nie tego chciałam dla moich dzieci ... nie o takim życiu dla nich marzyłam, gdy je pod sercem nosiłam... Wstydzę się... nie żałuję... Viki i Igor są sensem mojego życia... ale jest ciężko... Miewam chwile zwątpienia i często chciałabym, to wszystko rzucić w cholerę... Zastanawiam się, co naprawdę w kontekście rozwodu jest dla dobra moich dzieci...  Staram się im wszystko wynagrodzić, rozmawiać... nawet nie wyganiam ich z łóżka, bo choć kompletnie się nie wysypiam... wiem że potrzebują wspólnego spania, bliskości, przytulania... mamy na wyciągnięcie ręki. Wypełniam czas, chowam obrazki, które Viki maluje dla taty, a on notorycznie ich zapomina... Świadomość, że choćbym nie wiem jak się starała nie zastąpię dzieciom ojca mnie dobija. I powtórzę jeszcze na koniec... zdążyłam zostać mamą... podwójną... aktualnie samotnie wychowującą dwóję dzieci... szkoda, że z niewłaściwym mężczyzną...

Dzień Matki


Ostatnio jest mi strasznie przykro, jest mi źle... łza czai się pod powieką i niemy krzyk próbuje z gardła wyrwać się... Nawet chyba lekko wkurzam się... a już na pewno znacznie irytuję się... Nie chodzi o etykietę samotnej matki, która goreje na mnie jak szkarłatna litera, nie chodzi, nawet o kolejne "koleżanki" z którymi afiszuje się "jeszcze mój mąż"... ani o to, że jak jeszcze jedna osoba powie mi, że jestem silna i dam radę to eksploduję, na miliard kawałków rozpadnę się i zabryzgam świat toksyczną, życiodajną flegmą...

Kobiety zawsze musiały dawać sobie radę... jestem kobietą mam, to w genach... jestem obciążona tym odwiecznym przekazem... Uwielbiam mitologię, ale Hestia, to ze mnie kiepska jest... Zakasaj rękawy, pielęgnuj ognisko domowe... bądź matką, żoną kochanką, kucharką, litanią męczennicy pod rodziny wezwaniem... zapomnij o sobie jesteś dla innych... odchowasz dzieci wrócisz na łono życia... chyba, że nie dożyjesz... to umrzesz spełniona bo przecież dla innych życie swe przeżyjesz... Wypruwaj sobie żyły, poświęcaj się... Ostatnie dziewięć lat budowałam coś z kimś, kto nawalił... podejmowałam kolejne decyzje w imię rodziny, która przestała istnieć... zostałam sama z konsekwencjami... Konsekwencjami idei, której mój partner nigdy nie zrozumiał. Mam dwoje cudownych dzieci... szczerze nie żałuję... ale bądźmy szczerzy moje życie do d... teraz jest... natomiast odgórnie przypisana sytuacja życiowa nie wiedzieć czy bardziej żałosna czy przytłaczająca jest... Tyle mam... cały świat w oczach moich dzieci mam... rodziców, którzy mi pomagają, cudownych przyjaciół, mam co jeść, gdzie mieszkać... I zdrowie mam... tak moje jak i moich bliskich... O tak... komornika też mam i długi i brak rozdzielności majątkowej...


Cholernie duszę się... żyję życiem, którym nie chciałam żyć... Mówicie młoda jesteś, atrakcyjna poznasz kogoś... tak? Kto chciałby iść na randkę do knajpy z kącikiem dla dzieci? Mieć czas na romantyczne uniesienia do przysłowiowej dobranocki? I jeszcze przekona mnie, że to tylko randka, a nie casting na ojca moich dzieci? Serio? Tylko poważne oferty poproszę na priv. 

Dziadkowie Ci czasem pomagają możesz zabalować w weekend jak nie masz dzieci... Serio? To czemu jak mam  te 48 godzin "wolnego" nie wiem czy się wyspać, czy sprzątać, czy po prostu napić się zimnego piwa w ciszy? Bo niestety te chwile wolności tylko mi uświadamiają, że nie da się wyspać, wypocząć i posprzątać na zapas... Kurcze... choćbym chciała... naprawdę się nie da...

Facet, który nie dorósł ma nowe życie... Dzieci przy okazji... jak akurat ma czas... a bardzo zapracowany jest. Ja mam dzieci każdego dnia... w każdej sekundzie, minucie, godzinie...  Jestem mata polka... mam wielki plaster na piszczeli, bo goliłam nogi pod prysznicem, syn wszedł żeby mu otworzyć jogurt... zacięłam się... strugi krwi w brodziki, nawet w łazience nie jestem sama.... Matko nie łudź się.

Widzicie ironię sytuacji? Miałam rozmowę o pracę... super, w mojej sytuacji bezrobocie to klęska na wszystkich frontach... w środę idę na próbę do biura... i co? i nic! Facet nie ma czasu bo pracuje, pracuje bo przecież musi mi płacić na dzieci... taka pazerna na kasę na dzieci jestem, nieporadna... ja też muszę pracować i godzić pracę z wychowywaniem dzieci... ale taka moja rola... matki... Nie mam prawa narzekać, użalać się nad sobą... Nie mam doświadczenia, powalającego cv... bo rodziłam i wychowywałam dzieci... tak kiedyś postanowiliśmy "my"... nas nie ma, a moja sytuacja na rynku pracy żałosna jest...

Tak więc szykuję się na rozmowę kwalifikacyjna do pracy... Jak? Opracowując mother logistics w skrócie ML... sprawdzam lokalizację na googlemaps, autobusy, rozkłady, przedszkola, planuję harmonogram dnia... ze stoperem liczę czas przejazdu... fuck, nie zdążę... rozkopany Olsztyn... tramwai się zachciało po latach, a ja tu muszę samotnie toczyć bój. Żal mi dzieci, które jeszcze wcześniej będą musiały wstawać... Cieszę się, bo system zmianowy w moim przypadku odpada... Potencjalny pracodawca pyta w jakim wieku dzieci? czy dam radę?... muszę dać... zacisnę zęby, zagryzę wargi za najniższą krajową bo przecież siłą rzeczy nie mam doświadczenia... opłacę przedszkole do 18ej... uff na szczęście w wakacje do siedemnastej bez dopłaty... sprawdzam wolne miejsca od września w przedszkolach w pobliżu potencjalnego miejsca pracy, prawie drukuję podanie o świetlicę dla Vi... Liczę koszt przejazdów mpk.. stanę na rzęsach... dam radę... Trzymajcie kciuki w środę... Poproszę Was.

I tak mi przykro, tak mi źle... bo życie strasznie niesprawiedliwe jest... Bo to nie fair, że jedni ponoszą konsekwencje, a inni nie.. Bo klasycznie mam dość i moja słabość... niemoc i to, że sytuacja najzwyczajniej w świecie przytłacza mnie zdecydowanie bardziej ludzka wydaje mi się... niż archetyp matki-polki-superwomen, z którym każdego dnia borykam się... a może nie wiecie, ale ja jestem leniwą pacyfistką i walczyć z wyimaginowanymi oczekiwaniami kompletnie mi się nie chce...

Było stronniczo, nieobiektywnie... teraz mogę Dniem Matki cieszyć się... ulżyło mi... 

#hellomay


Nastał maj... pięknie pachnie bzem... Fioletowym lilakiem, co najpiękniejszym na świecie jest... trawniki bielą się stokrotkami... Przekwitnięte żonkile na Polach Nadziei też pieszczą moje nozdrza... olfaktoryczny cud... Ctrl+Alt+Del, co było minęło... już nie wróci... jest wiosna... Kocham ten stan... z piosenką Hey'a sam na sam... oddycham głęboko... Wiosną do nieprzytomności upajam się, do rana przy dźwiękach codzienności tańczę...

Kiedy wiosna w sercu i na kalendarza stronicach a mój wzrok w jej cudne oczy wpatrzony; śmiem twierdzić, że dane mi jest zakosztować Raju snując się jeszcze pośród żyjących...
 
Mogę schować na dno szuflady wełniane skarpety, uprać szale i wystawić na działanie niesfornego słońca wychudzone ramiona... wyzwolić ciało skrępowane zimowymi nakryciami wierzchnimi, koronkową bieliznę przyodziać... palić papierosa patrząc bez konsekwencji w dal... i wracać nad ranem z imprezy bez pikowanej kurtki... nie przemarzając przy tym do szpiku kości... Oddychać głęboko, inhalować się kwiecia zapachem... Malować paznokcie na różowo i słodzić zieloną herbatę miodem z mniszka lekarskiego. Maj łaskawy jest... miły sercu memu jest ... W maju zakochać można się... albo nie... ale jakieś wszystko takie znośniejsze zdaje się... Aromaterapia dla duszy...

Wszystko wzrasta. Trawa, liście...Ale wiosna to pragnienie, czyste pragnienie! (...)I w nas wiele rzeczy przypomina wiosnę. Lepiej ich doświadczyć, niż interpretować. Wiecie, pragnienie to coś bardzo prostego, jak pójście spać, chodzenie po ulicach, może i zakochanie...  



BZI SIĘ, GŹDZI SIĘ, MAI SIĘ, WIDZI MI SIĘ... WIOSNA ACH TO TY...