• Koniec niewinności

    Muszę ją uczulić na zagrożenia i dla jej dobra zburzyć bajkowy mit beztroski i bezgranicznej względem dorosłych ufności. Subtelnie wskazać nieakceptowalne zachowania, bestialskie gwałty dorosłych na dziecięcej niewinności. Nigdy nie skąpiąc córce czułości powiedzieć, że dotyk bywa zły, krzywdzący... że nikt nie ma prawa dotykać jej intymnych części ciała...

  • Prawa Murphy'ego dla rodziców

    Dopóki nie zostałam mamą, nie rozumiałam ich potęgi :) Dziś Prawa Murphy'ego pozwalają mi do macierzyństwa podejść z dystansem i uśmiechnąć się w najbardziej absurdalnej sytuacji... Bo przecież prawdopodobieństwo zdarzenia się czegoś jest odwrotnie proporcjonalne do pożądania tego zdarzenia... i rodzice, to wiedza najlepiej...

  • Wychować Chłopca

    Podobno aby "dobrze" wychować chłopca matka musi być szczęśliwa, silna, pewna siebie...

  • Cyberpacjenci Dr Google

    Już 8 mln polskich internautów poszukuje w sieci informacji na temat zdrowia, chorób i ich leczenia. Zanim odwiedzą lekarza najpierw szukają w internecie informacji o objawach, z którymi mają do czynienia

zezowate szczęście


Najgłupszym z grzecznościowych pytań jest: Co słychać? Wszystko w porządku?... Nikt nie chce słuchać odpowiedzi... a i my odpowiadamy grzecznościowo... Najtrudniejsze z pytań? Czy jesteś szczęśliwy/a? Raj dla domorosłych filozofów, pole do popisu dla egzystencjalistów... Ale jako zwykła prosta matka Polka mogę śmiało powiedzieć... Tak, jestem szczęśliwa... Cieszę się z rzeczy małych. Nie mam wygórowanych oczekiwań, mierzę siły na zamiary, analizuję stan zastany, by nie porywać się z motyką na słońce. Jestem szczęśliwa, bo jest najlepiej, jak może być... inaczej po prostu być nie może... Nie podążam za wyimaginowaną rzeczywistością kocham moje życie, a nie moje złudne nadzieje, na to jakie powinno być. Cieszy mnie kocham Cię szeptane nad ranem przez męża, uwielbiam tupot stóp Igora migrującego do mojego łózka z bidonem pod pachą, uwielbiam kipiącą nieporadną złością Vi, która za bajkę o księżniczkach dałaby się pokroić. Cieszy mnie 5 godzinna podroż autokarem do Warszawy by poplotkować w realu z Alą i napić się drinka z Hafiją. Z uśmiechem piekę na raty pizzę w prodiżu, bo dzień pizzy, bo Vi czekała, a Igor wpadł w kałużę, musieliśmy jechać do domu i drugi raz jechać do małomiasteczkowej pizzerii mi się nie uśmiecha. Uwielbiam kupić sobie kwiaty na promocji w markecie i zjeść sushi pałeczkami w wiejskiej głuszy... To jest moje życie i choć czasem narzekam i mam chwilowe zaćmienia... kocham je... Jestem szczęśliwa. Czasem moje życie przytłacza mnie, przerasta mnie... czasem chce się wyć do księżyca i w bezradnym geście rozkładam ręce... Ale takie katharsis przez łzy potrzebne jest... by znów cieszyć sie tym co jest...

Fotomigawka...I'm back!

Ciężko wrócić... po tak długiej przerwie niemoc ogarnia, nie wiadomo od czego zacząć...Pozwolić, by królowały retrospekcje, czy odciąć się grubą kreską skoro i tak czuję, jakbym zaczynała wszystko od nowa? Pomału dobiega końca krakowski urlop, wracamy do wiejskiej głuszy... w końcu mam komputer... milion pomysłów kłębi się w mej głowie... tylko jak się zebrać w sobie i przystąpić do realizacji? Nowy Rok, nowe perspektywy... Łatwo powiedzieć, trudniej wbić się w rytm wielozadaniowej matki blogerki.... Ostatnie tygodnie, to był piękny czas... rodzinny... i beztroski. Odpoczęliśmy w końcu z panem tatą, bo kto jak kto, ale babcia i prababcia, to najlepszy team do opieki nad dziećmi... mogliśmy w końcu pobyć we dwoje, wyjść, szwendać się po knajpach do rana, zjeść zapiekanki na Placu Nowym po północy i spać do południa... Wyjść na randkę i nie martwić się, czy Igor daje w kość, spędzić pierwszego od kilku lat Sylwestra bez dzieci...

Piszę ten post od wczoraj i wciąż nie mogę, go uformować... poskładać myśli, ubrać ich w słowa... tyle mam Wam do opowiedzenia, że nie wiem od czego zacząć, więc na razie przekaz wizualny, fotomigawka, wspomnienia uchwycone w kadrze...


P.S Podczas mej internetowej absencji zostałam wyróżniona przez Monikę Tekstualną w jej rankingu Blogów Parentingowych, cieszy mnie, to ogromnie i motywuje

Instadruk... bo kocham drukowane wspomnienia


Uff dziś w końcu przybyło... długo wyczekiwane zamówienie z Insatdruku:). Jakby to powiedzieć, chwilę kombinowałam, aż wykombinowałam jak na moim mądrym windowsphonie zostać użytkownikiem Instagrama:) I odkąd spróbowałam, pokochałam... wciągnęło mnie... XXI wiek to era obrazkowa, robię miliony zdjęć, aparatem, telefonem, łapię chwile ulotne jak ulotka. Pstryk jest fotka... Ostatnio coraz częściej łapię w rękę telefon, bo szybciej i zdjęcia są nie najgorszej jakości. Instagram to aplikacja mobilna, dzięki której mam możliwość robienia wyjątkowych zdjęć oraz dzielenia się nimi wśród moich znajomych... pomału Instagram ma coraz więcej zwolenników i staje się popularną platformą społecznościową... Niemniej chyba ja się starzeję, bo coraz bardziej lubię się otaczać obrazami wspomnień w namacalnej formie... dlatego drukuję. Instadruk jest pionierem na polskim rynku, wcześniej nikt nie oferował wydruku zdjęć z Instagrama. Instagram niby nic, kilka filtrów na krzyż, by podrasować zdjęcia, kwadratowy format... ale potem kłopocik, bo takich zdjęć nie wydrukujemy w pierwszym lepszym punkcie fotograficzny. Gdy zostałam uzytkownikiem Instagrama, wiedziałam, że zostanę klientką Instadruku:) Firma oferuje kilka możliwości, od prostych, kwadratowych odbitek w formacie 6,5x6,5 cm lub 10x10 cm, fotoramek, aż po duże plakaty o rozmiarach 50x100 cm. Możemy też zamówić swoje zdjęcia w postaci tzw. memoprintów, gdzie kadrowi towarzyszyć będzie data i tytuł, oraz miniprintów - czyli formatu, który najbardziej przypomina klasyczne Polaroidy... Obsługa serwisu Instadruk.pl jest bardzo prosta - należy wejść na stronę instadruk.pl, wybrać zdjęcia (konieczne jest zalogowanie się do swojego konta Instagram), fajną opcją jest, że mozna dobrać zdjęcia zapisane na komputerze, czyi z klasycznych zdjęc zrobić fotki instagramowe. Instadruk daje mi możliwość pogodzenia użytkowania nowoczesnego Instagramu i miłości do klasycznych drukowanych zdjęć...

Biała sukienka

Kiedyś byłam wojującą feministką, negowałam instytucję małżeństwa... dziś mam niespełnione marzenie białej sukienki... Nie o kolor oczywiście chodzi... ale o ślubną kreację jak z żurnala... Jak to mówią do wszystkiego trzeba dojrzeć... życie zweryfikowało moje spojrzenie... Zakochałam się, założyłam rodzinę...  Ktoś powie, że trochę nie po kolei... Ale dopiero mając rodzinę... Partnera, córkę zrozumiałam, że ślub nie taki straszny jak go malują. Zrodziła się potrzeba, której wcześniej nie miałam... Ślub cywilny wzięliśmy... dla wygody i spokoju mego ducha... bym nie musiała się na każdym kroku tłumaczyć, czemu mama ma inne nazwisko niż córka... Bo przykro, gdy życiowy partner nawet wypisu ze szpitala odebrać nie może, a w obliczu prawa jesteś obcą dla bliskiej osoby... Wzięliśmy ślub, bo konkubinat jest odarty z romantyzm i brzmi jak patologia z pierwszej strony szmatławca...  Nie wydawało mi się odpowiednie strojenie w suknię ślubną do urzędu, nie było mnie także na bajeczną kreację stać... i dziś z perspektyw czasu czuję ten brak... Niespełnione marzenie dziewczynki... marzenie o białej sukni księżniczki i dostojnej drodze do ołtarza... trochę przykro, trochę żal... Mimo wszystko to był ważny dla mnie dzień... Najpiękniejszy jaki mógł być... bo inny po prostu być nie mógł... Mogłam go dzielić z moją córką:) Bo przecież Vi była już na świecie... jak dziś pamiętam jak wdrapywała mi się na kolana, gdy ja drżącą ręką podpisywałam akt ślubu. Rodzina poczuła się dotknięta, że rozesłaliśmy zawiadomienia, a nie zaproszenia... Nie było wystawnego bankietu, hotelu na kredyt... krokieta nad ranem i etykiet wódka weselna... byli bliscy dla nas ludzie, stłoczeni w małym mieszkaniu, by uczcić z nami ten dzień... By z nami być.. Nie mam albumu od profesjonalnego fotografa, kilka zdjęć... wspomnienia mam w sercu, a nie w jpgach na komputerze... Dziś mamy skórzane gody... podobno:) Razem 8rok, małżonkowie od 3lat. Nie jest łatwo, różowo, słodko-pierdząco, ani jak w romantycznej komedii... ale się kochamy. Bywa ciężko... są łzy, rozczarowania... ciche dni i burze z fiołkiem w kubeczku... Ten wpis dedykuje ci panie tato, mężu mój... Kocham Cię i nie przestanę... Kocham Cię mimo wszystko, a nie ponieważ... Choć kroczymy równoległymi ścieżkami, wciąż patrzymy w tą sama stronę...


"Wiesz co jest najbardziej przerażające w chwili, kiedy wyznajesz, że się zakochałeś? Jesteś nagi. Wystawiasz się na cios i odrzucasz wszystko, czym mógłbyś się bronić. Odrzucasz ubranie, odrzucasz broń. Jesteś nagi i bezbronny. Nie masz gdzie się schować. Jedyne, co pozwala ci to znieść, to wiara, że ta druga osoba też cię kocha i możesz jej zaufać. Że cię nie zrani."   Mary Doria Russell

Life lately... piątkowa fotomigawka

Szybki wpis... miedzy łykiem kawy, a przemieszaniem w garnku zupy... Dziś ruszam do Warszawy, na wymarzona upragnioną Konferencję Bliskości... porzucam dzieci na dobę... nie utulę ich do snu... nie podam picia w nocy... głupie co? A jednak zamiast się cieszyć i skakać w euforii pod niebiosa, staram się wszystko przygotować na zaś... Jeszcze flatmummy powinnam wydrukować... bo jedzenie jak dla wojska przygotowałam, wyprałam, wysprzątałam, dzieciowe dyspozycje, instrukcje obsługi tacie wydałam... Ahoj przygodo!

Fotoksiążka PRINTU pomysł na foto pamiątkę

W dobie cyfryzacji wspomnień, drukowane fotografie odchodzą do lamusa... Portale społecznościowe zamieniamy w darmowe hostingi zdjęć, wspomnienia przechowujemy w formacie jpg w folderach komputera... Dzięki rozwojowi fotografii cyfrowej każdy z nas wykonuje setki zdjęć... zdjęć które gromadzimy, w których gąszczu giniemy i do których, tak naprawdę rzadko zaglądamy. Gdy zostaliśmy rodzicami aparat jest zawsze w zasięgu ręki, upamiętniamy ważne chwile, których jest bez liku, dziadkom i pradziadkom drukujemy zdjęcia, kalendarze z wnuczętami, magnesy na lodówkę... Ostatnio zapragnęłam wydrukować kilka zdjęć sobie ku pamięci i zanim dokupiłam do nich album dzieci je tak wymięły i wyoglądały, że już album był nie potrzebny... a swoja drogą znaleźć taki album jak bym chciała , to chyba nierealne, bo kto dziś kupuje albumy?

Gdy dziś kurier przywiózł moje fotoksiążki, wzruszyłam się... i cieszyłam jak dziecko... Od dawna marzyłam, o tym by wspomnienia ubrać w jakąś piękną formę... Mieć namacalną pamiątkę mijających chwil... Uporządkować miliardy zdjęć, zagubione w folderach... Fotoksiążka to nic innego, tylko nowoczesny i oryginalny album ze zdjęciami, alternatywny pomysł na nadanie wspomnieniom niepowtarzalnej i indywidualnej formy... Jako nastolatka pisałam pamiętniki, prowadziłam notesiki, do których wklejałam rożnej maści pamiątki, bilety z teatru, kina, ulotki, fotki... Dziś tworzę kolarze, cyfrowe scrapbooki, piszę bloga... inna jakość, ale wciąż o to samo chodzi... by zachować wspomnienia... Bo z czasem pamięć zawodzi, a chwile zaklęte w fotografii, zanotowane na marginesie trwają... Fotoksiążki to idealny sposób na uwiecznienie najpiękniejszych chwil na całe życie. Taki spersonalizowany fotoalbum z wakacji, ślubu, okresu ciąży, czy innych znaczących dla nas wydarzeń to naprawdę fajna alternatywa przechowywania wspomnień:) Fotoksiążka to profesjonalnie wydrukowany i oprawiony album z Twoimi zdjęciami, stworzony przez Ciebie i według Twojego pomysłu sentymentalna pamiątka dla całej rodziny. Pamiątka pięknie wydana i na lata. Ja się dziś wzruszyłam przeglądając karty książek, które tydzień temu tworzyłam, dzieci były zachwycone oglądaniem wakacyjnych zdjęć i siebie, nie na monitorze komputera, a w książce i na dodatek w dużym formacie... Coraz więcej Polaków przekonuje się, że albumy na zdjęcia można zastąpić piękną fotoksiążką z własnych zdjęć i tekstów. Myślę, że to idealny prezent na gwiazdkę dla dziadków i chyba w tym roku zamiast kalendarzy dostaną pod choinkę albumy z ukochanymi wnuczętami. Nawet oczyma wyobraźni widzę jak się cieszą, wertują kartki i jak im się łza w oku kręci, że dostali coś tak pięknego. Fotoksiążki drukowałam w printu.pl i naprawdę są piękne... dla mnie idealne, takie jak sobie wymyśliłam,  zaprojektowałam... Płócienna oprawa, duży format, matowe zdjęcia, wysokiej jakości papier fotograficzny. Sam akt tworzenia fotoksiążki jest prosty, przyjemny i daje ogromną satysfakcję, gdy już wszystkie zdjęcia i opisy ustawimy wedle naszego zamysłu... Firm oferujących fotoksiążki jest wiele, ja polecam tą którą sprawdziłam...
Fotoksiążka PRINTU to profesjonalnie wydrukowany i oprawiony album z Twoimi zdjęciami, stworzony przez Ciebie i według Twojego własnego pomysłu. Możecie mi wierzy lub nie, ale tworzenie fotoksiążki PRINTU jest świetną zabawą i świetną okazją do uporządkowania swoich zdjęć. Fotoksiążka to wspaniała alternatywa dla folderów ze zdjęciami, tradycyjnych albumów oraz poniewierających się wszędzie odbitek zdjęć. Każdy z przyjemnością ją obejrzy, a my będziemy mieli piękną pamiątkę na długie lata! Aby stworzyć fotoalbum PRINTU wystarczy: 
  • dostęp do swoich zdjęć – można dodać je z dysku, Facebooka, Naszej Klasy, Instagramu czy Pisasa Web, 
  • dostęp do Internetu i odwiedzenie strony www.printu.pl, 
  • chwila wolnego czasu. 
Aby zaprojektować swoją fotoksiążkę wystarczy założyć konto w serwisie printu.pl- https://printu.pl/rejestracja/ i skorzystać z prostej i bardzo intuicyjnej aplikacji.


chwile ulotne...

"Łapię chwile ulotne jak ulotka. Ulotne chwile łapię jak fotka (...) Z każdym dniem łapię chwile ulotne jak motyle. Na stałe, koduję we fragmentach bądź całe. Zapamiętałem już ich bez liku. Wszystkie mam w sobie. Żadnej w pamiętniku (...) Życie nasze składa się z krótkich momentów. Cudownych chwil czy przykrych incydentów. Niczego nie przegapię. Wszystkie je łapię"
Piątkowa fotomigawka, wspomnienia uchwycone w kadrze... Chwile ulotne zaklęte w fotografiach... Błahe sprawy, nasze małe wielkie momenty, skrawki dnia codziennego definiujące naszą rzeczywistość... Umierające w każdej sekundzie realne ułamki, nieśmiertelne w naszych sercach. Mieszkają pod powieką, kłębią się w głowie, tworzą nas od podstaw i burzą w momencie, definiują na nowo... Nieznaczące znaczące, nieznane dopóki nie poznane, nie istnieją dopóki nie przeminą... 

W fotograficznym skrócie

Miniony tydzień sponsoruje literka P. P jak przykrości, które mnie spotkały, P jak pokrzyżowane plany i piętrzące się problemy, P jak pożegnanie miłych gości i wakacji. P jak powietrze pachnące jesienią, jak powrót skarpetek i swetrów. P jak płacz w poduszkę i przeklinanie pod nosem. P jak przeziębienie i picie herbaty z miodem... P jak przemyślenia piętnujące rzeczywistość i przemijanie... pór rok zmienianie... pomysły pogrzebane w popiele ... P!

Life lately...

Czas płynie nieubłaganie... w powietrzy czuć zbliżającą się jesień... Ostatnio mam alergie na dzieci... a może raczej na syf, który robią... Bałagan staram się ignorować, bo trzeba cieszyć się chwilą, gośćmi... jak pojadą będzie smutno... Póki słońce, wieś kusi mieszczuchów... potem nastanie dla nas samotny czas... Ale wczoraj pękłam, wysłałam wycieczkę nad jezioro i odgruzowałam dom... mój zmysł estetyczny zaczynał cierpieć i po prostu od rana chodziłam podminowana potykając się o dziecięce rzeczy, rozrzucone wszędzie... Wiecie dużo klnę,  krakowska naleciałość... nigdy pod adresem kogoś, zazwyczaj pod nosem... i tak wczoraj sobie poklnęłam sprzątając i mi ulżyło... Zakwitły słoneczniki, zrobiłam pierwsze słoiki ( których notabene nie umiem/nie lubię robić)... gdyby tak jeszcze słońca dało się nałapać na zaś... Zamarynować złote płomyki i wcinać w okresie jesienno- zimwym łyżkami, na depresję, na odporność... na wszelkie bolączki. W wakacyjnym chaosie czas szybciej płynie, goni, ucieka... pod wieczór zwalnia na momencik o zachodzie słońca... Hibernuje  go wieczorny chłód... czas zastyga... wstaje z pierwszym promykiem słońca i znów gna na spotkanie jesieni...

Life lately...

Jutro to dziś tyle, że jutro...
 

sesja telefoniczna






Life lately... tygodniowa fotomigawka

Dziś mówię Wam dobranoc obrazami, wspomnieniami minionego tygodnia zamkniętymi w fotografiach... Niektóre ludy wierzą, że zdjęcia kradną duszę... ja uchylam Wam rąbka mojej duszy, pokazuję, co mi w duszy gra, uchwycone momenty, urywki codzienności, kadry niedalekiej przeszłości definiujące teraźniejszość. Dobranoc.

Kraków my Love

Cóż powrót do rzeczywistości, codzienności... wiejskiego bytowania... Wsi spokojna, wsi wesoła... a do Krakowa tęskno... miało być kilka dni, mieliśmy zostawić Vi u prababci i wracać... znacie moją teorią planowanie czas stracony z kilku dni zrobiły się dwa tygodnie, a Vi za Chiny Ludowe zostać sama z babciami nie chciała... Kraków to mój drugi dom... rodzinne miasto męża mego... więc bądźmy szczerz...żadne z nas turistas... ale zauważyłam pewną prawidłowość... zawsze gdy gdzieś jedziemy włącza mi się jakaś nieodparta potrzeba pokazania Vi zabytków, lokalnego kolorytu... nadania rodzinnemu wypadowi edukacyjnego wymiaru... cóż tak mam, męża mego bardzo to śmieszy, ale dzielnie z nami spacerował i Kraków ten turystyczny dzieciom pokazywał ( tylko na zoo nie dał się namówić, bo po Gdańskim maratonie powiedział, że ma dość ogrodów zoologicznych na czas najbliższy:)... Vi urodziła się w Krakowie, mieszkała rok, Igor pierwszy raz widział, go po drugiej stronie brzucha...  Rynek, Wawel, Kazimierz, nasze małe tajemnice, szlaki w przewodnikach nieopisane... Kocham to miasto... Magiczny był to czas, pogoda dopisała, ja wypoczęłam, bo prababcia dzieci od roku nie widziała... więc mieli dużo do nadrobienia, omówienia przy porannej owsiance, na spacerze... co rano babcia powtarzała, że już więcej z nimi w nocy nie zostanie, że już za stara... a potem i tak tuliła wnuki do snu... co rano dumnie z Igorem alejkami spacerowała... a ja w końcu mogłam się wyspać (względnie:). Gdy oczy świata zwrócone były na królewską porodówkę, nas babcia gościła po królewsku w Grodzie Kraka... Kraków nas pochłonął... my chłonęliśmy... i ciężko było wrócić... paradoksalnie trudniej go opuścić teraz, niż rok temu, gdy się przeprowadzaliśmy na Warmię... fenomen miejsc znaczących, na mapie naszej podróży przez życie...

Inne dzieci


 "Dorastaliście w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych? Jak, do cholery, udało się wam przeżyć?! Samochody nie miały pasów bezpieczeństwa ani zagłówków, ani poduszek powietrznych! Na tylnym siedzeniu było wesoło, a nie niebezpiecznie. Łóżeczka i zabawki były kolorowe i z pewnością polakierowane lakierami ołowiowymi. Niebezpieczne były puszki, drzwi samochodów. Butelki od lekarstw i środków czyszczących nie były zabezpieczone. Można było jeździć na rowerze bez kasku. Szkoła trwała do południa, a obiad jadło się w domu. Niektórzy nie byli dobrzy w nauce i czasami musieli powtarzać rok. Nikogo nie wysyłano do psychologa. Nikt nie był hiperaktywny ani dyslektyczny. Po prostu powtarzał rok i to była jego szansa. Wodę piło się z węża ogrodowego lub innych źródeł, a nie ze sterylnych butelek PET. Wcinaliśmy słodycze i pączki, piliśmy oranżadę z prawdziwym cukrem i nie mieliśmy problemów z nadwagą, bo ciągle byliśmy na dworze i byliśmy aktywni. Piliśmy całą paczką oranżadę z jednej butli i nikt z tego powodu nie umarł. Nie mieliśmy Playstation, Nintendo 64, X-Boxa, gier wideo, 99 kanałów w TV, DVD i wideo, Dolby Surround, komórek, komputerów ani chatroomów w internecie... lecz przyjaciół ! Mogliśmy wpadać do kolegów pieszo lub na rowerze, zapukać i zabrać ich na podwórko lub bawić się u nich, nie zastanawiając się, czy to wypada. Można się było bawić do upojenia, pod warunkiem powrotu do domu przed nocą. Nie było komórek... I nikt nie wiedział gdzie jesteśmy i co robimy! Nieprawdopodobne! Tam na zewnątrz, w tym okrutnym świecie! Całkiem bez opieki! Jak to było możliwe? Graliśmy w piłę na jedną bramę, a jeśli kogoś nie wybrano do drużyny, to się wypłakał i już. Nie był to koniec świata ani trauma. Mieliśmy poobcierane kolana i łokcie, złamane kości, czasem wybite zęby, ale nigdy nie podawano nikogo z tego powodu do sądu! Nikt nie był winien, tylko my sami. Nie baliśmy się deszczu, śniegu ani mrozu. Nikt nie miał alergii na kurz, trawę ani na krowie mleko. Mieliśmy wolność i wolny czas, klęski, sukcesy i zadania. I uczyliśmy się dawać sobie radę! Pytanie za 100 punktów brzmi: Jak udało się nam przeżyć? A przede wszystkim: Jak mogliśmy rozwijać naszą osobowość? Też jesteś z tej generacji? Przypomnij sobie, jak było. Pewnie, można powiedzieć, że żyliśmy w nudzie, ale...przecież byliśmy szczęśliwi! Czyż nie? "





Może to dziwne, ale dziś jak Vi kolejny raz nie chciała sprzątać w pokoju i miałyśmy naszą małą wojnę domową zaczęłam się zastanawiać... Czy rzeczywiście dzieci były kiedyś inne? Moja mama twierdzi, że w d...się poprzewracało, kiedyś nie było ADHD, dysleksji, bezstresowego wychowania...ona nie miała problemu z bałaganem, pyskowaniem...ja to trochę inaczej pamiętam... Ale fakt, rodzice trzymali mnie krótko, były zasady, dzieci i ryby głosu nie miały...i na pewno tylu atrakcji, co moje dzieci i tylu zabawek też nie miały... Nie było tabletów, placu zabaw z miękko wyściółką, za to były trzepaki... jeździłam bez kasku na białym składaku i bawiłam się z kolegami w policjantów i złodziei. Rzucaliśmy noże na piasku grając w państwa, malowałam klasy i ślimaki zwykłą kredą a nie 3d. Zakopywałam sekrety pod szkiełkiem i zamiast konta na fejsie wymieniałyśmy z koleżankami pamiętniki i złote myśli. Podstawą diety było mleko krowie ze szklanej butelki, na śniadanie zupa mleczna,  a kasza nie była wyznacznikiem zdrowego odżywiania. Piłam oranżadę z woreczka, żułam gumy balonowe, jadłam vibovit na sucho i nikt nie czytał etykiet w poszukiwaniu aspartamu. Wypadki się zdarzały, blizny mam z lat dziecięcych... bo gdyby kózka nie słuchała... i jeszcze mamy posłuchała... Parzyłam nogi w plastikowych sandałach do pływania i miałam kompleksy, że nie umiem pluć. Miałam skarbonkę jabłuszko, ruską gierkę jajka, wymarzoną barbie z Pewexu. Najfajniejsze zabawki były raz do roku jak wracaliśmy z wakacji i rodzice kupowali coś extra w Czechosłowacji. Na urodziny dostawałam pomarańcze, a na komunię kaseciaka... Do biblioteki chodziłam, dużo czytałam i wytapetowałam pokój plakatami z brawo i dziewczyny, które po kryjomu z kieszonkowego kupowałam. I w domu zostawałam sama z dwiema młodszymi siostrami, i nawet na noc jak rodzice mieli dyżur i nie było z nami niani i nikt na opiekę społeczną nie dzwonił. Umiałam zrobić siostrom jedzenie, w sobotę były dyżury sprzątania. Na wakacje jeździłam do babci i moja siostra jadła ślimaki. Jak pojawił się internet to był na impulsy z telefonu i mój tata nie musiał się bać i zabezpieczeń dla dzieci instalować, ani antywirusów... a komputer stał u rodziców w sypialni, jeden na 5 osobowa rodzinę i wcale nie spędzałyśmy przed nim całych dni... a aktywność fizyczną miałyśmy bez kinetica... I listy pisałam, takie papierowe, nawet do dziewczynki z Japonii , bo byłam w pen-friend klubie. Mama ubierała nas w second handzie i bynajmniej nie byłam hipsterem i nie było szafiarek a pisało się pamiętnik, a nie bloga... i kurcze fajnie było...tyle rzeczy nie było...a tak fajnie było... Kiedyś dziecko to było dziecko... bez filozofii, szkoły wychowawczej, była kara, był klaps i nikt tego nie nazywał patologią... było inaczej... jasne czasy się zmieniły i cieszę się, że moja córka ma tyle i chciałbym dla niej jeszcze więcej... ale wysłałabym ja tak na chwilę teleportem w moje czasy... na pewno świetnie by się bawiła, może doceniłaby to co ma, może zabawki by szanowała... i może mnie by zrozumiała:)
.