Related Posts with Thumbnails

PORÓD (ODCZAROWANY)



Mama spisała, opisała, w słowa ubrała i na wirtualny papier przelała...czyli historia o podróży Viktorii na ten świat:)



Jestem szczęśliwą mamą półtorarocznej córeczki. 12ego sierpnia 2009 roku o godz.19.15 przyszła na świat Viktoria Amelia. I co tu dużo pisać, jest moim całym światem... bo jak powszechnie wiadomo poród, a potem macierzyństwo zmieniają optykę... zaczynamy postrzegać świat inaczej. Odradzamy się przez poród, jakaś część nas umiera, albo ewoluuje...  Pojawia się świadomość, że 24godziny na dobę 7 dni w tygodniu już zawsze, na zawsze jesteśmy odpowiedzialne za tą małą bezbronną istotkę, która ufa nam bezgranicznie, a którą my kochamy bezwarunkowo.


Ale po kolei. Termin miałam na środę 12ego sierpnia, ciąża w początkowej fazie zagrożona rozwijała się prawidłowo. Tydzień przed porodem mój prowadzący ginekolog-położnik poszedł na urlop i ostatnia wizyta w poniedziałek była u innego lekarza w przychodni... I tu  problem, bo jak mnie zbadał w poniedziałek, usłyszałam: „ Pani nie ma szans w tym tygodniu  pani nie urodzi, zapomnij kochana”. Ale co tu zrobić jak dziadkowie z drugiego końca Polski zapowiedzieli się na  16ego z wizytacją  pierwszej wnuczki, mama już bardzo zniecierpliwiona i czeka na ten najważniejszy moment w jej życiu od dłuższego czasu? Nawet nie pytajcie, gdzie i jak szukałam rad pt: jak przyspieszyć poród? Mieszkanie lśniło: mycie okien, podłóg na kolanach, szorowanie lodówki, przysiady, picie naparu z liści malin, sex... cuda wianki, dzikie węże. No bo jak to?  Nie urodzę w terminie? Już i tak czułam się rozczarowana, że ciąża trwa  42 tygodnie a nie 9miesięcy, bo jak bym nie liczyła to miesiąc ma 4 tygodnie a 9 razy 4 to 36, a nie 42:). Wybiła godzina zero, niepewność i zniecierpliwienie sięgało zenitu, ale wstałam 12 ego rano, grzecznie zrobiłam mężowi kanapki do pracy, które nota bene spakował do mojej torby do szpitala ( bo przecież mamy jeszcze dużo czasu) i czekałam... Zaczął mnie boleć kręgosłup, ale gdzie te skurcze? Chyba już przeczuwałam, że to już, zaraz... ale żeby nie myśleć... poszłam na pocztę odebrać paczki i zrobić zakupy, bo przecież jak wyląduję na porodówce to świeżo upieczony tata musi mieć co jeść... a kobieta przezorną jest. Ból narastał z minuty na minutę. Może to już? Kołatało mi się  w głowie pytanie... ale skąd wiedzieć jak to pierwsza ciąża, pierwszy poród? Zadzwoniłam do mamy... kazała czekać na skurcze, odejście wód płodowych i powiedziała: „ Dziecko spokojnie, pierwszy poród trwa kilkanaście godzin to na pewna jeszcze nie to” Ale bolało coraz bardziej... bałam się falstartu, że przyjadę do szpitala i  usłyszę, że przesadzam, ale ból był tak uporczywy, ze postanowiłam zaryzykować. Poszłam po szwagra, spakowałam się w koszyk plażowy... bo nie miałam w co, zadzwoniłam do męża i zamówiłam taxówkę. Położna zbadała mnie i orzekła poród... Jak to? Już? Ale to miał być poród rodzinny, nie ma taty dziecka, nie odeszły mi wody, nie mam skurczy... i błagam o znieczulenie ( bo na znieczulenie się nastawiałam). Znieczulenia nie dostałam... bo było za późno, skurczy nie miałam, bo jak się dowiedziałam, niektóre kobiety maja tylko bóle krzyżowe, półtora godziny skakałam na piłce pod prysznicem czekając na męża... ale się nie doczekałam. Musiałyśmy zacząć parcie. Bolało jak cholera, nie wiele pamiętam... poza tym że kolnęłam jak szewc, a położna mówiła: „ Pani Aniu jak pani klnie, to źle oddycha, jest pani dzielna, da pani radę”.  I odeszły mi wody, pyk, nagle. Ale dopiero jak zaczęłam przeć. Jestem przeciwna nacinaniu krocza, ale, to nie miało znaczenia, jako, że byłam w pełni świadoma, bez znieczulenia, jak zobaczyłam w ręku położnej nożyczki... rozdarłam się w niebo głosy, że żadnego cięcia... nie mogłam wyprzeć Viktorii, położna musiała ją wypychać w jakiś magiczny sposób przez brzuch... była owinięta dwa razy pępowiną... cała sina. Ale udało się, sama, bez znieczulenia po 4 godzinnym porodzie urodziłam moją kochaną córeczkę... Ale, gdy ją ujrzałam, przeżyłam największy stres w moim życiu.. .bo wcale nie było jak na filmach... te ułamki sekund zanim wydała pierwszy krzyk... jak ja się bałam, że coś jest nie tak... chyba nigdy wcześniej nie byłam taka przerażona... Położna położyła mi ją na piersi i stało się... oficjalnie i pełnoprawnie zostałam mamą... Potem mierzenie i ważenie... i nie wiem jak ja się przygotowywałam do porodu, ale rodzenie łożyska kompletnie mi umknęło... Po wszystkim wpadł na porodówkę mój mąż... to miał być poród rodzinny... ale gdy zobaczyłam jego minę na widok krwi i poporodowego bałaganu, stwierdziłam, że dobrze się stało że nie zdążył. Dałam radę sama!  Długo tuliliśmy się  w trójkę zanim pojechałam na sale poporodową. Nikt tam nie przeszkadzał... Byliśmy tylko my. I tamte chwile są bezcenne, w mojej pamięci wiecznie żywe... bo o bólu zapominałam w chwili gdy przytuliłam moja małą kruszynkę.



Poród to najbardziej ambiwalentne doznanie w życiu kobiety. Tyle strachu, bólu, szczęścia... a wszystko naraz w jednym momencie. Ból się szybko zapomina... praktycznie od razu ( zwłaszcza jak nie masz nacinanego krocza i jesteś od razu na chodzie...). Rytuał przejścia, odrodzenie... Jestem mamą. Viktoria jest zdrową, rezolutną dziewczynką. Oczywiście najpiękniejszą i najmądrzejszą na świecie... Poród był ułamkiem w skali tego co nas czeka... końcem, początkiem... i chyba najbardziej przerażający w samym porodzie jest fakt, że nie masz nad tym kontroli, nic nie możesz przewidzieć , niczym nieokiełznany żywioł zmienia całe twoje życie.

1 komentarze :