• Koniec niewinności

    Muszę ją uczulić na zagrożenia i dla jej dobra zburzyć bajkowy mit beztroski i bezgranicznej względem dorosłych ufności. Subtelnie wskazać nieakceptowalne zachowania, bestialskie gwałty dorosłych na dziecięcej niewinności. Nigdy nie skąpiąc córce czułości powiedzieć, że dotyk bywa zły, krzywdzący... że nikt nie ma prawa dotykać jej intymnych części ciała...

  • Prawa Murphy'ego dla rodziców

    Dopóki nie zostałam mamą, nie rozumiałam ich potęgi :) Dziś Prawa Murphy'ego pozwalają mi do macierzyństwa podejść z dystansem i uśmiechnąć się w najbardziej absurdalnej sytuacji... Bo przecież prawdopodobieństwo zdarzenia się czegoś jest odwrotnie proporcjonalne do pożądania tego zdarzenia... i rodzice, to wiedza najlepiej...

  • Wychować Chłopca

    Podobno aby "dobrze" wychować chłopca matka musi być szczęśliwa, silna, pewna siebie...

  • Cyberpacjenci Dr Google

    Już 8 mln polskich internautów poszukuje w sieci informacji na temat zdrowia, chorób i ich leczenia. Zanim odwiedzą lekarza najpierw szukają w internecie informacji o objawach, z którymi mają do czynienia

Dziecko urodziło dziecko... narodziła się matka

Mam 16 lat... jestem mamą... Moje koleżanki przeżywają pierwsze miłości, chodzą na imprezy... a ja skrzętnie notuję w różowym notatniku pierwszy ząbek... słowo... kroczek... mojego kochanego synka... Znam każdy plac zabaw w okolicy, ceny pampersów na pamięć i zamiast fejsa studiuję poradniki dla rodziców... Nie oglądałam TeenMom... bo w realu własne ciążowe show przeżywałam... 

Grubą kreską oddzieliłam walkę o życie synka, gdy na świat przyszedł w 37 tygodniu ciąży... Podobno można osiwieć z minuty na minutę... ja miałam przyspieszone dorastanie i z dziecka zamieniłam się w matkę... Choć będąc nieletnią nie mam praw do mego ukochanego synka... jestem mamą... Nic tego nie zmieni, nikt mi tego nie odbierze... urodziłam dziecko... narodziłam się jako matka...


Czy podjęłam świadoma decyzję o narodzinach dziecka... w pewnym sensie tak, bo miałam możliwość ciążę usunąć... Była koperta z pieniędzmi, lekarz, domniemanie gwałtu na nieletniej tak na wszelki wypadek... Mogłam pozbyć się "problemu" i dalej cieszyć się życiem, młodzieńczymi wybrykami... nie przekreślać przyszłości, cieszyć się z nastoletniej codzienności... Wejść z rodzicami w zmowę milczenia i drażliwej plamy na honorze rodzinnym nie jątrzenia... A jednak, gdy zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym kupionym z kieszonkowego... mimo, że czułam jak grunt usuwa mi się pod nogami, jak tchu złapać nie mogę i zasysa mnie emocjonalna próżnia... już mego synka kochałam... nie mogłam mu tego zrobić...

Artur był moją wakacyjną miłością... starszy... przystojny... wszystkie laski mi zazdrościły... Mama mówiła, że cham i prostak, że o jedno mu tylko chodzi, tata, że za młoda jestem na chłopców... Kochałam go... miłością czystą, młodzieńczą, naiwną... Szczerze wierzyłam, że już zawsze będziemy razem... Forever and ever, póki śmierć nas nie rozłączy... Poszłam z nim do łóżka raz... bo zapewniał mnie o swej miłości, bo oświadczał mi się pól żartem pół serio kapslem z tymabrka... jabłko-mięta mój ulubiony... Ufałam, że się zabezpieczy, choć wiedziałam, że on nie lubi się kochać w prezerwatywach... Był taki czuły, romantyczny, a ja taka zła na rodziców, że mi kontakty z lubym utrudniali... Ja Julia on Romeo... nawet nie pomyślałam, że moja przyjaciółka nie dzieli mojej radości, milczy ostatnio, unika mnie... bo za moimi plecami również się z Arturem spotykała... Odkrycie prawdy było kubłem zimnej wody, czarą goryczy bez dna... oczy wypłakiwałam w poduszkę... w rytm "naszej piosenki"...

Myślałam, że te wymioty i złe samopoczucie, to z nerwów... z żalu... w końcu świat mi się zawalił... ukochany mnie zdradzał z najlepsza przyjaciółką... dwie bliskie osoby krzywdziły mnie za moimi plecami... Czułam ucisk w złamanym sercu, narastający niepokój... kupiłam test... niezdarnie do kubeczka sikałam, drżącymi rękami pipetką mocz zakraplałam... sekundy, minuty... nieskończoność czekania... dwie kreski, wyrok... co dalej... echem w mej głowie odbijające się pytania...

Zanim powiedziałam rodzicom sprawdziłam w internecie domy samotnej matki, antykoncepcję awaryjną, domowe sposoby na poronienie i warunki adopcji... chciałam być na każdą ewentualność przygotowana... Myślałam, że oni wierzący, konserwatywni... pokażą mi drzwi... Znienawidzą mnie, zabiją, pobiją... przecież tak ich rozczarowałam... Taki cios, ja ukochana córka im zadałam... Bałam się... Strach mnie paraliżował... Niemoc mowę odebrała... ale chyba bardziej martwiłam się czy z dzieckiem wszystko będzie w porządku, bo przecież jak okrutną prawdę o Arturze poznałam to w złości butelką wina wypiłam i paczkę szlugów wyrajałam... Nieodpowiedzialna gówniara... Matka była blada... nic nie mówiła... pewnie jakąś litanię w myślach odmawiała ojciec nawet na mnie nie patrzył pod nosem coś mamrotał, nerwowo wertował notesik z telefonami... namiarów na kolegę z liceum, ginekologa szukał... nie wiele z tej rozmowy pamiętam... Nic... pustka... Otchłań niepamięci...

Potem były wizyty w przychodni, pierwsze usg, ktg, zagrożenie ciąży, leżakowanie, kompletowanie wyprawki... pod moim sercem rosło nowe życie... Gdyby nie wsparcie moich rodziców pewnie bym nie podołała... miałam więcej szczęścia niż rozumu... a jednak to swą determinacja, odpowiedzialną postawą i miłością do nienarodzonego jeszcze dziecka... zaufanie mojej mamy i taty odzyskałam... Wiem, że byłam dzieckiem, że zmiany w moim ciele były przedmiotem drwin i osiedlowych plotek dewotek... a jednak się nie poddałam... Ja nieletnia matka... Z etykietką dziecka, co urodzi dziecko gorejącą na piersi jak szkarłatna litera... Musiałam dorosnąć... poinformować rodzinę, koleżanki, nauczycieli... ojca dziecka... poznać moje prawa, a raczej ich brak...

Kocham mojego synka, dbam o niego, opiekuje się nim... rodzice mi pomagają... będę im dozgonnie wdzięczna... Choć są bezlitośni... nie uzurpują sobie rodzicielstwa do wnuka... Staram się być dobrą mamą... Działam intuicyjnie... KOCHAM. Nie byłam gotowa by w wieku 14 lat zostać mamą... nie byłam gotowa na zdradę, utratę przyjaciółki i samotne macierzyństwo... Nie jestem idealna... na pewno popełniam milion błędów wychowawczych... ale nie żałuję... Bo jakże mogłabym żałować, że na świecie jest mój nowy sens życia, mój synek ukochany... Staram się sprostać nowej roli i nie zawieść synka... jest bezbronny, ufny... a ja jestem jego mamą... Wychowuje się w kochającej rodzinie... może bez taty, może z nieletnią mamą... ale ma cudownych dziadków... i mnie rodzącą się dla niego jako odpowiedzialna kobieta, kochająca matka... 

Bycie nieletnią matką to cholernie trudne i niesprawiedliwe... Nikomu nie polecam... ale możecie mi wierzyć lub nie... staram się... Nowy scenariusz, trudna rola... czy mi się uda... mam nadzieję... proszę o jedno... nie przekreślajcie mnie...




To historia  Jagody, 16 letniej mamy Ignacego na kanwie bardzo emocjonalnego maila spisana... dla Was ku refleksji... dla Jagody... dla jej rodziców i jej nieletnich koleżanek ku przestrodze... dla Ignacego w dowód miłości... ku pamięci...

Jego historia...

Kiedyś myślałam, że mam pecha do wątpliwej przyjemności monologów "podejrzanych elementów" prowadzonych w kierunku mojej osoby... Pusty autobus, miejsca siedzące do wyboru do koloru i pan"żul" obiera mnie na celownik... Kiedyś miałam inne podejście... Dziś słucham historii, milczącym uśmiechem, miarowym przytaknięciem zapraszam nieznajomego do uchylenia rąbka tajemnicy... Doceniam każdą poznaną historię...


5:45 sobota... Pan Waldemar W. ( dodajmy W, żeby był taki rodzimy koloryt, skojarzenie konkubenta o lekkim zabarwieniu kryminalnym) podpytuje jaki dzień tygodnia. Liczy na palcach, że od trzech dni baluje, czas do domu wracać... Domu... On nie ma domu. Siostrunia go przenocuje i ciepłą zupkę ugotuje, rosołek z kluseczkami, z prawdziwej wiejskiej kury i z lubczykiem... Jak odpocznie dalej ruszy w drogę, bo miejsca on długo nie zagrzeje... On ma naturę podróżniczą. Pan Waldemar W. jest spawaczem, pochodzi ze Śląska, ale za głosem serca przybył na warmińskie ziemie. 

Brudny, niedomyty skropiony esencją perfum życia- mieszanką potu, brudu, moczu, alkoholu... Odór przytłaczający... Ale świadomy tego pan Waldemar W. szanuje moja przestrzeń, zachowuje kulturalny dystans i raz za razem upewnia się czy nie gniewam się, że opowiada mi swoją historię. Nawet nie wygląda tak źle... całkiem dobre buty, zielone, poplamione spodnie, obszerna kurtka z puszką Wojaka w kieszeni, zarost jak u św Mikołaja, ładna cera, papierosy za uszami, spuchnięte dłonie, pełne spokoju oczy... Sypie nazwiskami jak z rękawa. Z wielu pieców jadł chleb, wiele ma znajomości, dlatego samotność mu nie straszna i czyste ma papiery. Zna szpiegów, polityków, artystów, policjantów i papieża nawet znał. Nie należał nigdy do żadnej partii, bo w gównie on się nie babra i on szanuje ludzi. Nigdy nie kradł, woli być głodny, bo kradzieży się brzydzi...  Matula nauczyła go lepić pierogi...

Od słowa do słowa wiem, że najważniejsza dla pana Waldemara W. jest harmonia... Żyje w równowadze pół roku spawa w Anglii u krewnego w warsztacie, pół roku przepija, co na Wyspach zarobił... Lubi mieć coś z życia, a życie to bal i on tańczy od zmierzchu do świtu. Jest wolny... Gdyby nie był trochę schorowany, to by mnie zaprosił na randkę... ale serce ma sfatygowane... Nie ma dzieci, ale jak odwiedza siostrunię, która raz ma lat naście raz kilkadziesiąt, raz jest starą panną zaraz mężatką, kupuje dla jej dzieci lizaki. Opowiada dzieciom o murzynku Bambo i śpiewa o żabce... zawsze chciał mieć dzieci, dobrze pieścił kobiety, ale potomka się nie doczekał... Jest flow, freestyle, ale cała wypowiedź nie łączy się w logiczną całość... Średnio kupy się trzyma, choć nie myślcie, że jest pijackim bełkotem...

Z drugiej strony kim jestem, by podważać autentyczność jego historii? Słucham opowieści jego życia niegrzecznie jest wyłapywać nieścisłości i insynuować, że pan Waldemar W., który brzydzi się kradzieży mógłby mnie okłamać... 6.00 w telegraficznym skrócie poznałam jego historię niestety bus podjechał, Waldemar W. wsiada ja wciąż czekam... Dokończy swoją opowieść komuś innemu, komuś, kto może nie być uśmiechnięty i przytakujący, bo doznania olfaktoryczne współtowarzyszy podróży, w małym busie, do najprzyjemniejszych należeć nie będą... On jedzie do ciepłego łóżka u siostruni, ja za chwilę wsiadam do autobusu do Warszawy. On jest wolny, ja już tęsknię to bliskich, choć jeszcze na dobre nie wyjechałam...

Dojeżdżam do Olsztyna, mijam dworzec... Pan Waldemar W. już śpi... na łożu trawnika... śpi... pewnie ciepłe łóżko mu się śni... Unosi się zapach zapiekanek... szkoda, że nie ciepłej zupy siostruni, o której tak marzył... o której tak opowiadał, że czułam jej smak w ustach... Prawdziwy człowiek, prawdziwa historia, scenariusz napisało życie... Wciąż zastanawiam się, czy się wyspał zanim go straż miejska przepędziła, czy opryszki nie okradły go z drobnych na lizaki... bo to taka dobra dusza, taki poczciwy ten pan Waldemar W. był...